IV Półmaraton Warszawski
Na ekranie telefonu widniała godzina 0554. „To jeszcze kupa czasu.” – pomyślałem przewracając się na drugi bok. Jak wielki to był błąd, miało się okazać dopiero za półtorej godziny.
Do biegu…
/Do tego krótkiego akapitu, wzorem Kuertiego, polecam St Germain: Thank u Mum (4 everything u did)./
Kroki na schodach wybudzają mnie z lekkiego snu, a po chwili w drzwiach pojawia się mama. „O której miałeś wstać?” Czerwone lampki zapalają się na razie delikatnie. „No, o 0802. A która jest?” – odpowiadam i spoglądam na zegarek. Jest 0724. „To jeszcze mam czas!” – mówię i już chcę wrócić do spania… „Telefon nie przestawił czasu?!”.
Wychodzę z domu jedynie 13 minut później. Śniadanie zjedzone (choć jeszcze jedna kanapka w plecaku), zęby umyte, wszystko spakowane. Dopiero w autobusie okazuje się, że jednak zapomniałem pulsometru. Ale to nic. Wyrobiłem się nawet na autobus, na który umówiłem się z Agatą.
…gotowi…
W pawilonie Fundacji Przeciwko Leukemii im. Agaty Mróz-Olszewskiej panuje poruszenie. Przebieranie, ustalanie, rozmowy przedstartowe.
„W jaki czas celujesz?”
„Nowe buty?”
„Ile warstw zakładasz?”
„Ja to biegnę w…”
O ile pierwsza część nie jest dla mnie zbyt ważna, to ilość warstw jest interesująca. Ostatecznie decyduję się na koszulkę z długim rękawem i na to biegową koszulkę Fundacji z numerem. Do tego Dobsomy, a na nogach XA-Pro. Śmiejemy się, że pewnie trzeba mieć gwizdek i nóż, bo inaczej godzina kary.
Pół godziny przed startem Janek zarządza wspólne zdjęcie LeukemiaTeamu. Tu trzeba powiedzieć, że Niezła Korba startuje w Półmaratonie jako część ponad trzydziestoosobowej drużyny „Biegu po szpik” w barwach Fundacji Przeciwko Leukemii. Tym startem wspieramy dawstwo szpiku kostnego do przeszczepów ratujących życie chorym na białaczkę. Promujemy także polski bank szpiku – ALF PL3. (Więcej na ten temat znajdziecie na stronie Fundacji – http://leukemia.pl.)
…start…
Pogoda jest przyjemna, na jakiś czas pojawia się nawet słońce. A wczoraj straszyli, że będzie padać! Tak sobie czasem myślę, jak tu mówić o prognozach zmian klimatu, kiedy nie jesteśmy w stanie dobrze przewidzieć pogody na jutro?
Pierwsze kilometry uciekają bez problemów. Fajnie jest biec w tłumie biegaczy, środkiem Świętokrzyskiej lub Marszałkowskiej, nie zważając na światła, znaki, pasy i samochody. Twardy asfalt czuć trochę w stawach, ale jest dużo lepiej niż myślałem. Biegniemy z Łucją i Jerzykiem utrzymując dość stałe tempo. Oddech mam regularny: nos, usta, nos, usta… Zapowiada się dobrze!
…5 km…
Pięć kilometrów mijamy w okolicy ul. Słomińskiego (00:28:47 / 2053 [10.42 km/h]) i już chwilę później biegniemy mostem Gdańskim. Słyszę rozmowę moich towarzyszy, odwracam się i spotykam Wielkiego Białego Ptaka. To znajomy biegnie w przebraniu „uniwersalnego” ptaka – orła bielika, gołąbka pokoju albo łabędzia. Do wyboru do koloru. Prawie.
Niedługo później, po przyjemnym fragmencie w dół, osiągamy pierwszy bufet. Woda leje się strumieniami, ale głównie gdzieś poza moje usta… Picie z kubeczków podczas biegu chyba muszę jeszcze potrenować (tu przypomina mi się tytuł artykułu, bodaj z napieraj.pl – „Przepak – ukryta dyscyplina”; może trzeba napisać kolejny – „Picie – ukryta dyscyplina”).
Tuż po bufecie zauważam, że wyprzedza mnie pan z koszulką „2:00”. „Czy to nie jest ten znacznik co biegnie na 2 godziny?” – pytam Łucji, która szybko stwierdza, że to on, ale chyba coś za szybko napiera. W tym momencie coś podpowiada mi, że mogę biec szybciej niż dotychczas. Specjalnie się nad tym nie zastanawiam i daję się ponieść. Oddzielam się od Łucji i Jerzyka nawet się nie tłumacząc. Mam tylko nadzieję, że nie wezmą mi tego za złe (no nie?).
…10 km…
Nie pamiętam już nawet gdzie był ten check point (00:55:47 / 2068 [10.76 km/h]). Droga była prosta, nie trzeba było się zastanawiać nad nawigacją, tylko biec do przodu. Przyłączyłem się na trochę do dwóch miłych pań, które biegły dobrym tempem. Potem znów biegłem sam. Nuda. Trochę.
…15 km…
Z jednostajności i biegowego odrętwienia wyrywają mnie bardziej liczne okrzyki publiczności ustawionej po obu stronach wjazdu do tunelu na Wisłostradzie. I jakiś huk. Miarowy i wpadający w ucho. „Super!” – myślę przyspieszając na odcinku w dół tunelu. „A może to jednak te wielkie wentylatory? Albo pogłos wywołany przez setki par butów?” Nie mogę się zdecydować, jednak chwilę później pierwsza myśl się potwierdza. Dźwięki układają się w jednostajny rytm wybijany na kongach. „Tak, super!”
Za tunelem przybijam piątki dzieciom stojącym z boku trasy. Twarz mi się śmieje i biegnę dalej z kolegą w niebieskiej bluzce. Właściwie tylko raz patrzę na jego twarz, pytając o czas: „Biegnę na 1:45, a jest 1:27.” I chociaż biegniemy wspólnie aż za ostatni bufet, to nie odzywamy się. Żaden z nas nie chce tracić dobrego oddechu, więc w milczeniu korzystamy z tej przypadkowej kohabitacji. (01:21:37 / 1918 [11.03 km/h])
…i meta.
Na podbiegu przy ostatnim bufecie na chwilę odpuszczam i przechodzę do chodu, na jakieś 15 kroków. „Dziwnie!” – to chyba jedyne co myślę o tej formie poruszania się. Kontynuuję biegiem. Gdzieś koło 18. km zaczynam przyspieszać i „łykam” co raz więcej osób. „Czyżby to zbyt wczesny finisz? Dam radę?” – pytam sam siebie i wcale nie jestem pewien. Jeszcze na trochę odpuszczam i gorączkowo wyglądam tabliczki z liczbą 20. Wreszcie jest – teraz już dam radę.
„Flaga!” – przypominam sobie na Krakowskim i zaczynam rozglądać się za flagą Fundacji, z którą mam finiszować. Zaczynają się barierki, a flagi nie ma. Przyspieszam, a flagi nie ma. Widać już zegar, 1:52 i jakieś tam cyferki, a flagi nie ma. „No to nie ma” – kołacze mi w myśli, kiedy zaczynam się już porządnie rozpędzać. Jakby z oddali słyszę głos spikera „kolejny biegacz… finiszuje… proszę państwa…” Dopiero później połączę to wszystko w całość. Przekraczam metę i znów czuję się dziwnie. Mam iść?
Przemyślane po mecie
- Dobrze jest biec bez napinania się na konkretny wynik. Nie musiałem zastanawiać się nad prędkością i czasem, ani stresować formą. Pewnie dobrze jest wyznaczać sobie cele, ale… jakoś półmaratonu zupełnie nie traktowałem jako ważnego startu. I cieszę się, że tak było, choć przez to nie odczułem tak przyjemnego zastrzyku adrenaliny po przekroczeniu linii startu. Na rajdach jednak dawka jest potężna!
- Nie spodziewałem się tak dobrej formy.
- Nie wiedziałem, że mogę jeszcze tak przyspieszyć na finiszu. To było fajne uczucie!
- Picie na mecie jest bardzo miłe.
- Świetnie biegnie się „z kimś”. Wspólnym tempem, noga w nogę. Nawet jak się nie zna drugiej osoby, ani z nią nie rozmawia.
- Numer startowy może obetrzeć, trzeba na skubańca uważać.
- XA Pro nie są dla mnie stworzone.
- Jeden z paznokci nie przeżył starcia z półmaratonem. Ale w czasie biegu zupełnie tego nie czułem.
- Bieganie po asfalcie i w mieście jest mniej przyjemne niż łono natury.
- Jestem piekielnie zadowolony ze swojego czasu.
Co myślicie o tej imprezie? Zadowoleni?
Ach, skoro jest pełna statystyka to mogę przytoczyć:
Miejsce: 1747
Numer: 2068
TITTENBRUN ALEKSANDER WARSZAWA POL
Team: Leukemia Team Niezła Korba 2
Kategoria/miejsce: M20/414 AKAD/164 (M)1639
Czas brutto: 01:52:51
Czas netto: 01:51:16 [11.38]
5 km: 00:28:47 / 2053 [10.42]
10 km: 00:55:47 / 2068 [10.76]
15 km: 01:21:37 / 1918 [11.03]
Napisał/a: Olek, 2009-03-29 19:25:25 komentarze (19) || skomentuj
Łucja, 2009-03-29 20:06:47, napisał/a:
Ja też Olku jestem z Ciebie niesamowicie dumna! Ekstra czas i dobrze, że pobiegłeś szybciej!
Od siebie mogę dodać, że ja złapałam kryzys na 14km, ale jeszcze wtedy czas miałam dobry - 1:20, a zamierzałam jeszcze na końcówce przyspieszyć. Miałam szansę złamać te 2h. No ale od 16km to miałam wrażenie, że nie biegnę w skarpetkach i w butach, ale, że ktoś mi papierem ściernym trze stopy... No i w ten sposób na ostatnich 5km musiałam przejść do marszu 5 razy, bo za bardzo bolało. Strasznie to źle na psychę działało... Finisz przez to skrócił mi się do ostatniego 1km, ale dałam radę wyprzedzić jeszcze część moich współtowarzyszy biegu.
No i nie ukrywam, że dobrze biegnie się z kimś! Jerzyk jest świetny! Zgubił mi się gdzieś na 17km i już myślałam, że mnie wyprzedził. Widziałam go potem tylko na mecie i usłyszałam "Ale wyrwałaś do przodu". Wtedy brzmiało to jak głupi żart, przecież w sumie przeszłam jakieś 500m, a tu niespodzianka, 24 sekund różnicy. Trzeba było na mnie krzyknąć to bym tempo nadała nam obojgu :)
Agrafki mnie nie obtarły. Coś tam raz poczułam na klatce piersiowej w trakcie, ale stopy bardziej bolały. Dopiero pod prysznicem poczułam, jak bardzo boli obtarcie od pulsometru. A właśnie pulsometr - biegłam na średnie tętno 184, więc po prostu na maksa i dlatego żałuję, że te moje stopy się nie spisały.
Ogólnie świetna zabawa. Ludzie na trasie, którzy kibicują - nieoceniona pomoc zwłaszcza jak ma się kryzys. No i bardzo miły starszy pan w pewnym momencie biegł obok mnie. Pytał się mnie o czas, w zamian oferował wodę i dodawał otuchy. Mówił, z takim tempem to postaraj sie na 1:45 pobiec :) Następnym razem posłucham się.
Moje osiągnięcie: 2:04:21, 221 miejsce wśród kobiet i 2651 w klasyfikacji generalnej.
adam parzyszek, 2009-03-29 20:08:50, napisał/a:
no kurka wodna...
Macie niesamowite czasy!!!
Mój tata tez startował, ale oczywiście dużo wolniej...
PS startujecie w maratonie we wrześniu??
Agi, 2009-03-29 20:09:30, napisał/a:
Bardzo fajny, w pełni oddający atmosferę i wszelkie osobliwości imprezy reportaż! :D
Czy jestem zadowolona????!!! BARDZO! Nie tylko z wyniku, ale i z faktu, że startowałam w teamie Fundacji i spotkałam tylu dawno niewidzianych znajomych!
Moje rady i komentarze:
1. Nie pijcie w drodze powerade!!! Po pierwsze: jak nie trafisz nim do ust, cała twarz się klei (osobiście tego doświadczyłam)
Po drugie: jeśli nie pijesz go na co dzień może być nieprzyjemny dla żołądka i przeszkodzić w biegu...
2. Zawsze warto znaleźć sobie tzw. "zająca" czyli osobę biegnącą trochę lepiej od Ciebie, a która (będąc w zasięgu wzroku) będzie pomagała utrzymać Ci tempo i mobilizowała do wysiłku (nawet jeśli sama o tym nie wie ;P)
3. Gorąco zachęcam każdego, kto waha się czy startować w takiej imprezie (czy da radę) do wzięcia udziału! KAŻDY DA RADĘ - w takim czy innym czasie... Chwila, w kórej przekraczasz metę pozostaje na długo w pamięci :D
Pozdrawiam, Agi
Janek, 2009-03-29 20:22:52, napisał/a:
Haaaaa! Ja też przybiłem piątkę dzieciakom na wylocie z tunelu!
Olek, znów super tekst! No i tyle mamy wspólnych przemyśleń - ja też zastanawiałem się czy nie zacząłem finiszować za wcześnie... i tak samo przypadła mi do gustu muza w tunelu. :)
Moja statystyka:
05km - 00:24:52 / 1098 [12.06]
10km - 00:49:01 / 1079 [12.24]
15km - 01:13:14 / 1044 [12.29]
meta - 01:42:19 / 1046 [12.37] - całość netto
Janek, 2009-03-29 20:37:44, napisał/a:
Adam dzięki za gratulacje! Ja chyba biegnę maraton... tak myślę... Przynajmniej raz w życiu trzeba się z tym zmierzyć, żeby się wnuki potem z dziadka nie śmiały. ;)
Ja się nie obtarłem... stopy też przeżyły ten półmaraton dość nieźle. Za to kolanka i mięśnie... uuuh.
Mnie z kolei kryzys dopadł na 16 i 17 kilometrze - nie mogłem sie wkręcić na moje docelowe tętno 175. No i ssało mnie w brzuchu.
Z ciekawostek powiem, że Michał Głowacki biegł metodą Gallowaya - ciekawy jestem jak jego wrażenia.
PS
Podsumowanie sukcesów LeukemiaTeamu jest też na www.leukemia.pl! Ja nie wyobrażam sobie jak można pobiec 21km w 1:18!!!
Jacek, 2009-03-29 21:09:47, napisał/a:
Ja osobiście Wam wszystkim dziękuję, za to że pobiegliście w teamie Leukemia. Miło było popatrzeć na wpadające na metę twarze z uśmiechem, ale jeszcze z naszą flagą. Jednego tylko żałuje, że zamiast podawać flagi nie pobiegłem z Wami. Ci się jednak odwlecze to nie uciecze... mam nadzieję że latem złapię kondycję i następnym razem pobiegnę wspólnie z Wami
Pozdrawiam
Jerzyk, 2009-03-29 22:32:05, napisał/a:
Siema,
Ja bardzo dziękuje za mile spędzony czas i miłe powitanie;)
Z moich spostrzeżeń:
a) Olek nie gniewam się na Ciebie, że tak wystartowałeś pewnie ambicja Cię zaczęła zżerać jak powiedziałem, że to mój II biegu uliczny (I był 3maja...kilka lat temu na 1km;P)
b) to był mój I start od 02.2008 (Bergosn), i I odkąd zacząłem ponownie trenować (01.2009). Chciałem złamać 2h, ale nie zawsze ma się to co chce, ale ten czas również w pełni mnie satysfakcjonuje;)
c) sam bieg był dla mnie czystą radością, dopóki nie napiłem się za dużo wody na I "wodopoju"
d)trasa nigdy takiej długiej nie przebiegłem w sumie prawie 60%trasy mało znałem. Denerwował mnie ten smród spalin, auta zamiast wyłączyć silniki to czekały na "chodzie"
e) czas, nigdy nie biegłem patrząc na zegarek, co 4min. i spr. tempa biegu. Jak widać przy oznakowanej trasie można było spokojnie sobie samemu przeliczać prędkość?
f) prędkość, na początku tzn. między 3-4km stwierdziłem, że za szybko biegnę niż sobie to ustaliłem, ale aż żal mi było rozstawać się z Łucją i Olkiem, więc dotrzymywałem tempa, czego nie żałuje;) Na I moście miałem uczucie, że jestem lekki jak piórko i napierałem, leciałem tak aż do I wodopoju? Przy Torwarze Łucja przeszła na chwile do marszu, a ja pobiegłem dalej, ale zwalniając, co by też odpocząć, ale nie zatrzymywać się. Łucja mnie dogoniła i razem wpadliśmy do tunelu, uczucie odgłosów w sumie porównywalnie jak u Olka, myśl "wentylatory? tak głośno:|”, ale nie powiem bardzo miły aspekt aż się chciało przyśpieszyć, przy 16km kryzys, Łucja przeszła do marszu, a ja zwolniłem, Łucja za chwile wyprzedza a ja zwalniam i myśl "nie zatrzymuj się... i kilka innych dziwnych”, ale po głębszej analizie stwierdziłem, że czyt. o metodzie tego gościa gdzie był marszobieg, i fakt, że, co Łucja przechodziła do marszu znowu mnie doganiała...ograniczenie: nie zatrzymywać się, biec wolno, zostało złamane i przeszedłem do marszu...15sek. marszu... mięśnie aż zdębiały, twarde, naciągnięte i fakt, że jak będę szedł za długo to się nie ruszę, znów bieg...świński trucht...patrzę gdzie Łucja... na górce z wodą (ostatni wodopój na trasie). Cholera już nie dogonię, wpadam na górkę... łapie kubek z wodą, mięsnie jakoś pracują, ale za dużo czynności do wykonania na raz, więc marsz...II raz...30sek. Co mnie w tym momencie zdenerwowało to, że Power rade był na samej górze, napiłem się i się zagłodziłem trochę...a już dalej nie było wody. Ostatnie km. miasto ludzie, trzeba pokazać klasę, przyśpieszam zwalniam, kontroluje zegarek, qurde już 2h...szkoda, ale nie podaje się przyśpieszam, szał ogarnął mnie jak zobaczyłem tyle ludzi...Szymek (on to dopiero ma moc w bieganiu)kolega z akademika dopinguje, ale to jak, krzyczy tak głośno, że słyszałem go bardzo dobrze, pomimo już większych odległości. Dumnie odbieram flagę i kończę sprintem?:> Chyba nie...ale znacznie szybciej;P ogólnie V=10km/h, więc chyba nie ma tragedii.
g) taktyka, przez całą sobotę nad tym myślałem, w sumie nie było źle, tak naprawdę to mogę powiedzieć, że taktyka to była całkowicie przypisana Łucji.
h) ubiór, za ciepło, mimo tak cienkich warstw.
i) Pogoda OK.
j)buty, chyba trochę podeszwę zdarłem, ok.10km miałem uczucie parzenia stóp, zdziwiony na max. nigdy nie miałem takiego uczucia podczas biegu.
k) już nie wymyślam, bo was zanudzę
Do zobaczenia na kolejnych zawodach, pozdrawiam i duże podziękowania dla zająca Łucji;)
wabik, 2009-03-30 10:39:47, napisał/a:
Co do flagi ... To trzeba było biec prawą stroną tak jak było mówione i łapać ... :)
wabik, 2009-03-30 10:40:45, napisał/a:
To znaczy waszą lewą stroną :)
aka, 2009-03-30 13:00:08, napisał/a:
Pięknie wyglądaliście z flagami ... i jakże fotogenicznie :)
WIELKI PODZIW: być tak zmęczonym i jeszcze chwycić flagę... Dzięki!
I pomyśleć, że biegliście tak 'gęsto', że akurat dla Olka zabrakło flagi... Po prostu za szybko biegacie :)))
Następnym razem:
a. flag będzie ich więcej...?
b. każdy będzie miał swoją w kieszeni...?
c. wszyscy wpadną na metę równocześnie pod jedną dużą flagą...?
Oczywiście żartuję;)
Janek, 2009-03-30 13:46:28, napisał/a:
A ja mam jeszcze przemyślenie odnośnie kontrolowania tempa biegu. Robiłem to na dwa sposoby i mój system spisał mi się świetnie. Moim celem było tętno 175 (87,5% HRmax) - stwierdziłem, że jak znam siebie to przez czas biegu dam radę utrzymać taki puls. Wiedziałem, że przez 2h wytrzymuję 174 - taki wynik miałem na zawodach XC tydzień wcześniej. Kontrolując wskazania pulsometru skończyłem bieg z HRav 175 - nie wiem czy dałbym rade więcej (co ciekawe kalkulator z bieganie.pl proponował dla mnie tętno 172).
Drugi sposób kontroli jakiego używałem to kotwica 5 minut na kilometr, co finalnie dawało czas 1:45. Tego też starałem sie pilnować i tylko na kilku kilometrach pobiegłem wolniej.
Jednym słowem nieźle oceniłem swoje możliwości - kontrolując prędkość i tętno dobiegłem tak jak planowałem. Marzyło mi się przyspieszyć trochę w sytuacji gdybym miał jeszcze siły, ale kryzysik na 16-17 km pokazał mi, że nie mam co szarżować i raczej muszę walczyć o utrzymanie tętna 175. Teraz mam zagwodkę jak ustawić cel na następny taki bieg. Może wytrenować się lepiej i biec tak samo?! Bo podczas biegu miałem czasem takie uczucie, że jakbym przyspieszył to złapałby mnie skurcz w prawym dwugłowym. Nurtuje mnie tylko jedno - jak Łucja daje rade biec ze średnim tętnem 90%...
Agnieszka. C, 2009-03-30 14:06:48, napisał/a:
Bardzo fajny reportaż z wczorajszego biegu. Lekki, łatwy i przyjemny w odbiorze z nutką dobrego humoru:-) Olek pisz więcej będę regularnie zaglądać
Janek, 2009-03-30 16:09:56, napisał/a:
Oto analiza moich czasów z poszczególnych kilometrów.
http://www.niezlakorba.elvith.strefa.pl/team/upload/analizabiegu.xls
Widać, gdzie miałem kryzysik. Wahania na 6-7km to moje 15 sekundowe zagapienie się. Ogólenie można z tego wszystkiego wyczytać, że pierwsze 5km pobiegłem najszybciej, potem środkowe 10km średnio, a ostatnie 5km to kryzys i wolniejsze tempo. Może jednak za szybko zacząłem? A jak u Was?
tynka, 2009-03-30 16:19:59, napisał/a:
no Olek. nie znamy się ale nawet ja jestem z Ciebie dumna. |-)
mania, 2009-03-30 16:45:30, napisał/a:
no u mnie świetnie ;)
Olek, 2009-03-30 17:09:39, napisał/a:
Łucjo, Jerzyku - cieszę się, że nie macie mi za złe.
Obydwu Agnieszkom mogę obiecać, że będę więcej pisać. Jeśli tylko znajdę odpowiednie tematy!
Tynko, po takim komentarzu z jeszcze większą chęcią Cię poznam! ;-)))
Odnośnie trzymania tempa. Ja miałem zupełnie odwrotną tendencję - najpierw biegłem spokojnie, a z czasem przyspieszałem. Nie wiem jakby to było gdybym miał ze sobą pulsometr. Wydaje mi się, że może nawet lepiej się stało, że go nie wziąłem. Pewnie nie wiedziałbym jak mam się z nim zachować, jakie tętno utrzymywać. Bądź co bądź to jednak przed startem zupełnie się nad tym nie zastanawiałem.
A Łucja i jej 190 też jest dla mnie zaskakujące. Jak pamiętam z 360tki moje 180-190 na rowerze to jednak tak długo tego nie mogłem utrzymać. Może to kwestia tych ostrych treningów na Twoje (Janku) tętno? Przesunięty "próg mleczanowy" (czy cokolwiek to jest)?
Łucja, 2009-03-30 17:34:12, napisał/a:
Zapomniałam jeszcze dodać, że strasznie mi było miło, jak zobaczyłam Natkę przed startem! To była też jedyna znana mi twarz, jaką dostrzegłam na finiszu! No i wszystkie inne osoby, które wpadły choć na chwile. Bardzo to było urocze!
Też nie wiem jak to zrobiłam, że pobiegłam na średnie tętno 90% czyli 184 dla mnie. Zwłaszcza, że na koniec jeszcze miałam siły szybciej biec, tylko te stopy... Dziwne... Może po prostu trening na tętno Janka jest lepszy na krótsze imprezy jak półmaraton, bo wtedy jest intensywniej. Może się to gorzej odbić na przykład na długich (160km) Wertepach... Zobaczymy.
A i jeszcze polecam przeczytać książkę, którą dostałam jako nagrodę - 30 wywiadów z ludźmi związanymi z maratonem warszawskim od jego pierwszej edycji. Kapitalnie się to czyta.
OleK, 2009-03-30 19:22:19, napisał/a:
A może niesamowite wyniki Łucji to efekt tego, że trenowała z Jankiem i biegali według jego tętna?
Janek, 2009-03-31 13:39:37, napisał/a:
Film z Bieg po Szpik jest tu:
http://www.youtube.com/watch?v=LzqK71MKk_8
Skomentuj ten wpis!


postami.






