Maciej o WaypointRace 2010
Sobota rano. Świeci słońce. Temperatura na krótki rękawek.
Pakuję się w pośpiechu i jadę się zapisać na WaypointRace do Pruszkowa.
Dawno nie startowałem na rowerze. A na rowerze solo z mapą - nigdy...
Będzie się więc działo ;-)
Parkuję niedaleko punktu rejestracji. Jestem już ubrany. Jedynie zmieniam buty, pompuję koła do 4ATM i wio.
Mała kolejka posuwa się raźno. Z rejestracją zero problemu (choć na stronie orga był komunikat, że zapisy zamknięte. W zanadrzu miałem jednak „koło ratunkowe” w postaci zapisanego Arusa, który zrezygnował). Rejestracja idzie sprawnie, zapisują mnie na PRO i nie stawiają żadnych pytań. Nie ma też żadnego wpisowego.
Rozglądam się i widzę znajome twarze: Jacek Bojarowski, Michał, jego kolega, Dariusz Parzyszek, Ula i Marcin z Sherpas, Konrad Wtulich, Łucja i Marta i Iza.
Nie wdaję się w jednak w rozmowy. Muszę przecież jeszcze zadbać o picie. Przypinam więc numer i jadę kupić Powerade (w Camel mam tylko wodę, bo ISO zostało w sklepie). Udaje mi się to na pobliskiej stacji Shella.
Wracam i zaraz jest wyjazd grupowy na miejsce startu koło toru kolarskiego jakieś 2 km dalej. Po drodze gadam z Ulą i Marcinem i Jackiem. Ula będzie bronić tytułu sprzed roku (i 2ch). Niezła jest, co ?
Na starcie rozdają szybko mapy i zaraz potem następuje start. Wszyscy powoli ruszają. Ruszam i ja nie oglądając się specjalnie na innych i nie tworząc rajdowych sojuszy. Moim celem jest zaliczyć jak największą liczbę PK w limicie czasu nawigując samodzielnie.
Mój pierwszy cel to PK 2 (Komorów, skrzyżowanie ścieżek) na południe od Pruszkowa. Ten jest najbliżej. Choć miałem nawigować sam, to gmatwanina ulic trochę onieśmiela. Jadę więc za kimś kto wygląda pewnie. Widzę też innych zmierzających w tym samym kierunku. Myślę więc, że będzie dobrze i że zyskam na czyjejś znajomości terenu na tym pierwszym punkcie. Niestety, jak docieramy w pobliże PK 2 to widzę u przewodników konsternację. Ponieważ odpuściłem nawigację, nie wiem gdzie dokładnie jestem względem PK. Trochę kręcę się i nasłuchuję / wypatruję tego PK. W końcu się udaje. Podbijam punkt i jadę w kierunku następnego -PK 3. Z nawigacją ciągle nie idzie mi dobrze. Robię błąd, za wcześnie skręcam i zamiast na PK 3 ponownie znajduje się w okolicy PK2. Tu, z pomocą poznanego zawodnika, dochodzimy wreszcie do ładu z mapą i mocząc nogi na łące i w brodzie koło Popówka docieramy wreszcie na PK3 (Natalin-wiata turystyczna na polanie). Tam nasze drogi się rozchodzą. Ja, trochę mocniejszy, wyruszam w dalszą trasę sam zgodnie z pierwotnym planem. Odtąd nawiguję już poprawnie. Kolejne punkty wchodzą bez większego bólu:
- PK6 (Zółwin, róg ogrodzenia po wschodniej stronie strumienia; tu musiałem jedynie zmienić punkt ataku),
- PK 5 (Stara Wieś, ruiny gospodarstwa; w jego okolicy spotkałem Łucję (jadąca w przeciwnym kierunku), Jacka (też) i Darka (na punkcie). Dla Darka to 4y punkt. Mój też. Mało. Nie gadam więc z Darkiem wcale (przepraszam Darku) i pospiesznie się oddalam.
- Z PK 5 jadę na PK 4 (Olesin, ambona myśliwska) przez Rusiec. Uważnie śledzę mapę i trafiam w punkt (dobrze ukryty w lesie). Końcówka wymagała pewnej intuicji. Tym razem mnie nie zawiodła. Oby tak dalej, myślę.
- Z PK 4 długi przelot na PK 7 (Ojrzanów, północna część wyrobiska piachu). Ponownie, końcówka czujnie i … bingo.
Od tego momentu zaczynam się obawiać deszczu (od pewnego czasu zachmurzyło się i grzmi). A ranek wcale nie zapowiadał zmiany pogody (prognozy jednak tak; przypominam sobie, że mówiono o 50% prawdopodobieństwie wystąpienia opadów). Czy mnie zmoczy ?
- Z PK 7 jadę na PK 8 (Grzegorzewice, róg lasu). To jeszcze dłuższy przelot. Częściowo robię go szutrówkami i polnymi drogami, a częściowo asfaltem. Dojeżdżam do Grzegorzewic. Tu trochę błądzę zanim odkrywam gdzie zaczyna się zielony szlak, który ma mi pomóc w trafieniu na PK. Tuż przed skrętem na szlak znajduję, WRESZCIE, otwarty sklep. Uzupełniam zapasy picia (które już dawno mi się skończyło) i jedzenia. Zapasy jedzenia miałem zresztą skromne=1 banan. Przyznam tu, że liczyłem, iż na trasie będzie tyle okazji do zakupów (to sobota była przecież i wiosek całe mnóstwo), że do zaprowiantowania nie przykładałem większej wagi. Jak się okazało był to błąd. Nie pierwszy i nie ostatni. Robię więc mentalną notatkę (bierz odpowiednio dużo picia i jedzenia) i po napełnianiu brzucha jadę dalej. Czuję przyrost energii.
- Z PK 8 trasa wiedzie na PK 9 (Grzymek, koniec wału, przy strumieniu). Po drodze kolejny raz moczę nogi na podmokłej przecince w lesie, powtarzając sobie Jankowe „Adventure, Adventure”. Pomyśleć, że kiedyś szukałbym obejścia aby za wszelką cenę dotrzeć na metę suchą nogą. Cóż, kto z kim przystaje, takim się staje, prawda …?
Na PK 9 zaczynam wchodzić nie bez błędu, który jednak szybko wychwytuję i koryguję. Nie ma to jak dokładne śledzenie niuansów mapy. Brawo, Maciej !
- Z PK 9 jadę na ostatni mój punkt, czyli PK 10 (Adamowizna, Pd-zach brzeg stawu). Nieźle mi idzie ten przelot. Końcówka ponownie bardzo czujnie i… po małych poszukiwaniach (wrrr) znajduję lampion. Czuję satysfakcję. Dałem ponownie radę.
W tym momencie wiem, że nie zrobię wszystkich PK, że zostaną mi 3y -1,11 i 12. Liczę jednak trochę, że może zdążę przed zamknięciem mety. Czy słusznie?
Wybieram trochę okrężny wariant powrotu asfaltem (licząc, że będzie szybszy) i przez Mościska i Kałęczyn drogą 579 docieram do Grodziska. Tu skręt na Pruszków. W Milanówku jednak zatrzymuje mnie oberwanie chmury (stoję pod drzewem 15 min aż przestanie padać; nie wziąłem ze sobą żadnej kurtki, jedynie rękawki – miało przecież być ładnie do końca ) . Wiem już, że na metę nie zdążę. Nie specjalnie mi żal. No cóż, nie tym razem, to może innym, myślę ?
Do Pruszkowa, na metę, docieram ok. 17.30 przejechawszy ok. 115 km ze średnią 19 km/h. To było 6 h samego pedałowania.
Na mecie widzę Ulę i Marcina. Składam im gratulacje (Ula jest ponownie 1a), myję rower i niespiesznie oddalam się do samochodu. Jadąc, zastanawiam się w co się przebrać. Mam mokre majtki i semi suchą koszulkę. Zastanawianie trwa krótko. Nie mam w aucie nic na zmianę oprócz suchych Salomonów. No cóż, dam jakoś radę. Daleko przecież nie jest.
W domu jestem ok. 18.30. Prysznic, kanapka i siadam do analizy mapy.
Chcę wyciągnąć wnioski na przyszłość. Oto one (in random order):
- nie liczyć na sklepy po drodze – brać wystarczająco dużo picia i jedzenia (brak picia i jedzenia = wolniejsza jazda=szybsze zmęczenie),
- nie liczyć, że pogoda się utrzyma, jak prognoza mówi, że na 50% będzie deszcz; brać kurtkę,
- nawigować samemu od początku (zawsze trzeba wiedzieć precyzyjnie gdzie się jest),
- brać narzędzia itp. (ja miałem, ale koleś na trasie nie miał i wracał pieszo z zerwanym łańcuchem),
- starać się szukać jak najkrótszej trasy przelotu; niektóre moje warianty mogłyby być lepsze=krótsze=szybsze,
- dobrze się najeść (makaron) rano, aby paliwa starczyło na dłużej,
- najeść się magnezu przed i jeść /pić go w trakcie (niestety, tego nie zrobiłem i łapały mnie skurcze); boli do dzisiaj.
- posmarować się od słońca (ręce trochę mi się opaliły).
- mieć telefon/dokumenty w worku foliowym (na wypadek deszczu); ja taki woreczek zdobyłem w sklepie spożywczym (pomysłowy ze mnie gość),
-brać rzeczy do przebrania, nie liczyć, że nie będą potrzebne.
-mapa w skali 1:75000 wymaga uważnego studiowania; rozdzielczość jest „taka sobie” i niuanse mogą uciekać.
W sumie ze swojego startu jestem zadowolony. Świadczy o tym chęć do kolejnych startów i zmagań z terenem, mapą i sobą.
Pozdr..
M.
fot. Michał Gawryszewski
Napisał/a: Maciej, 2010-05-24 19:55:06 komentarze (6) || skomentuj
marta, 2010-05-24 20:19:57, napisał/a:
ja słyszałam, że jeden koleś dopiero na przedostatnim swoim punkcie zorientował się, że jechał calą drogę z zaciśniętymi hamulami. jak to możliwe?!
Ula, 2010-05-24 20:32:11, napisał/a:
Maciej, mimo wszystko gratulacje za walkę do końca! No i wyciągnąłeś parę słusznych wniosków, kolejne doświadczenie, a to najważniejsze. Faktycznie z tym pojechaniem za kimś i utratą kontaktu z mapą to zdarza się czasem. Mi się to zdarzyło na MTBO jesienią zeszłego roku. Nic przyjemnego - w środku lasu i nie wiem, gdzie jestem. Straciłam potem mnóstwo czasu na odnalezienie się. To mnie nauczyło bardziej pilnować mapy.
Z ciekawostek z WPR - wyszło nam prawie 6h samej jazdy i 120km na liczniku. W kilku miejscach zrobiliśmy zbyt asekuranckie i objazdowe warianty, a czasem po prostu nie znaleźliśmy skrótów. Mapa nie była idealna, w każdym razie jeśli porównać do standardu, do którego przyzwyczaił nas Compass. I skala ciut mała.
jacek, 2010-05-24 22:51:59, napisał/a:
Maćku, doskonale, że dopracowałeś się tylu wniosków i dzielisz się nimi.W kolejnych imprezach będziemy o nich pamiętać, w końcu mamy się uczyć na błędach własnych i innych.Osobiście również cieszę się, że przynajmniej na kilku PK udało się być samodzielnym, tego zawsze brak w dużych liczebnie zawodach.I jeszcze coś cennego co przybywa z imprezy na imprezę :)...to śmiałość i swoboda w moczeniu się w wodzie.Już nie tracimy czasu na wahanie!Dobrze, że ta jazda sprawiła Ci przyjemność..mnie również.
Odrębnym tematem pozostaje ULA :)...można chylić przed Nią głowę...mistrzyni!
Darek P, 2010-05-24 23:12:48, napisał/a:
Moja trasa przebiegała przez 2-1-4-5-6-3. Na pierwsze punkty miał mnie i Jacka naprowadzić Michał. Jak się później okazało to właśnie najbliższy pkt 2 był dla mnie najtrudniejszy do odnalezienia. Ja jechałem jako trzeci za Jackiem i Michałem. Wszystko było dobrze do momentu, gdy z uliczek osiedlowych wjechaliśmy w las gdzie na wąskich ścieżkach zawodnicy się zagęścili i po kilku minutach straciłem z pola widzenia Michała i zostałem gdzieś w lesie … Teraz dopiero zacząłem nawigować – próbując ustalić pozycję. Po drodze spotkałem Łucję, która również próbowała złapać orientację. Postanowiłem jednak dalej samodzielnie prowadzić poszukiwania. Po chwili przyłączyłem się do dziewczyny i chłopaka na … kolarzówkach (którzy muszę przyznać zaimponowali mi jeżdżąc po leśnych ścieżkach na wąziutkich oponkach), chwila wspólnej jazdy i zorientowałem się, że są tak samo zorientowani w terenie jak i ja. Dalej, więc szukałem punktu na własną rękę – wreszcie udało się ! Jak się okazało do punktu finezyjnie zbliżałem się torem spirali – straciłem na poszukiwania ok. 20 minut.Błoto oblepiło mnie już przed drugim zaplanowanym punktem trasy czyli pkt 1 – jadąc skrótem kilkaset metrów wzdłuż Utraty :(
Dzieła dokończyła błotna kąpiel już po zaliczeniu ostatniego punktu (3) – było to przy stadninie przez pole, której przechodziła droga z tym, że na ok. 30 m całkowicie zalana. Długo nie myśląc zacząłem jechać przed siebie licząc, że się uda przejechać w miarę płynnie. Początkowo zanurzenie 5 cm- jest ok, za chwilę 20 cm - jeszcze ok i w pewnym momencie … zatrzymałem się pośrodku rozlewiska wjeżdżając (tak przypuszczam) w zatopiony rów – woda i błoto (brrrr) do pół łydki - już nie ok.
Na zakończenie już w Komorowie dopadły mnie skurcze – skutek braku większego treningu kolarskiego. Co ciekawe nigdy w dłuższych biegach nie miałem takich efektów. Rajd bardzo fajny – trochę jazdy terenowej i trochę jazdy szosowej (tu mogłem się cieszyć z moich opon - najwyższy bieg i jazda). Za rok pewnie znów tam będę – może już z Adamem.
Maciej, 2010-05-25 10:20:35, napisał/a:
Dzięki za komentarze.
Fajnie jest tak wymienić się uwagami, doświadczeniami.
Kolejny start jaki planuje to DYMNO (jak zdrowie pozwoli-trochę podziębiony jestem + podeszwy stóp mnie bola po Pruszkowie) no i może 360 Jelenia z Jackiem (Jacku, pogadamy po DYMNIE, OK ?) Potem Bike Orient w Łodzi. Oby zdrowie było.
aka, 2010-05-26 21:51:09, napisał/a:
Macieju, napisz co o DYMNIE :)
Skomentuj ten wpis!


postami.






