On-sight: w samo południe
Oto i nasza relacja. Jak widzicie nawet po krótkiej trasie można mieć wiele do opowiedzenia:-) Miłego czytania!
Nasza trasa startuje dopiero o 12 w południe. Od rana miałyśmy mnóstwo czasu, a przygotowań niewiele, więc nad bulwar (czyli na miejsce startu) dojeżdżamy z bazy bez pośpiechu. Sesja zdjęciowa, kilka słów od organizatora, odliczanie i ruszamy! Mapę do biegu na orientację dostałyśmy na odprawie, więc kolejność zaliczania pk miamy ustaloną, przebiegi zaplanowane. Nie bierzemy ze sobą nic, bo w końcu to tylko 3 kilometry. Po mieście, łatwa orientacja... Co to dla nas? Naszej kolejności podbijania punktów nie wybrał chyba nikt. I dobrze – nie będziemy się nikim sugerować. Ku naszemu niezadowoleniu, przy większości z pięciu pk okazuje się, że niewinnie wyglądające na mapie pagórki są w rzeczywistości całkiem spore i naprawdę trzeba się wysilić, żeby je pokonać… Na podejściach przytomnie przechodzimy do marszu. Wszystko utrudnia dający się we znaki upał. Jest naprawdę gorąco i 3km zaczynają się trochę dłużyć. Przypomina mi się sen Marty, w którym, nie wiedzieć czemu, musiałyśmy przemieszczać się z dzieckiem w wózku i przez to nie mogłyśmy skończyć tego przeklętego bno… Na szczęście rzeczywistość wygląda inaczej i kończymy bez większych problemów (jedna zdradliwa ścieżka na działkach i wynikające z niej przejście przez płot), ale kiedy docieramy do rowerów, obie mamy wrażenie, że zajęło nam to zbyt dużo czasu - 3 km w 44 minuty! Jednak ruszając na następny etap dowiadujemy się, że jesteśmy 5 zespołem. Czyli wcale nie jest tak kiepsko, jak myślałyśmy! Jedziemy spokojnym tempem, świadome, że mamy spędzić na tym słońcu jeszcze kilka dobrych godzin. Trafienie na właściwą ścieżkę mamy bardzo ułatwione dzięki wskazówkom z odprawy, ale i tak, kiedy docieramy do lampionu, jesteśmy z siebie zadowolone.
Jedziemy dalej, przedzieramy się przez teren obstawiony licznymi znakami zakazu wstępu, wprowadzamy rowery na stromy wał (tego znaki zabraniały w szczególności) i po chwili lądujemy na oczekiwanym asfalcie. W mijanym sklepie spożywczym kupujemy lodowatą wodę. Wypijamy ją z wielką przyjemnością – płyny w camelu na moich plecach i w czarnym bidonie Marty nagrzewają się zdecydowanie zbyt szybko! Stopniowo nasza droga się pogarsza. Asfalt ma coraz więcej dziur i łat, w końcu znika zupełnie. Teraz przemieszczamy się drogą ziemną, po bokach mamy bardzo malownicze pola, ale w pobliżu nie rośnie ani jedno drzewo, a to oznacza zero cienia. Dobrze, że zostaje nam chociaż wietrzyk, który zresztą same sobie tworzymy. Do szybszej jazdy motywuje nas zbliżający się z każdym kolejnym metrem przepak i obiecująca linia lasu przed nami. Leśny odcinek szybko mija i wjeżdżamy na teren ośrodka, gdzie zlokalizowana jest nasza strefa zmian. Ja zupełnie o tym zapominam, ale Marta przytomnie pyta o naszą pozycję. Bardzo miła niespodzianka: nie sądziłam, że jakoś szczególnie na tym rowerze nadrobiłyśmy, a jesteśmy drugie!
Strefa zmian A. Przysiadamy na pieńkach, jemy po batonie (Natka się swoim zakleiła, a mój dał mi energrtycznego kopa), ja zmieniam buty i ruszamy na trekking. Na odchodnym słyszymy, że niezły piknik sobie urządziłyśmy, bo panowie przed nami spędzili tu tylko 2 minuty. Mamy do nich 14 min straty, jesteśmy drugie. Z uśmiechem na ustach ruszamy w trasę. Ja obawiałam się tego etapu, bo nigdy nie miałam z czymś takim do czynienia. Jeśli chodzi o środek transportu, to zdecydowanie wolę rower od moich nóg. To właśnie na rowerze czułam się pewnie, a trekking stał dla mnie pod znakiem zapytania. W dodatku cykorzyłam, że Natka będzie chciała biec, ale na szczęście obie uznałyśmy - choć żadna nie powiedziała tego na głos - że lepszy będzie szybki marsz bez zadychy, a nawet zdychy na koniec. Do czwartego punktu (pierwszego z treku) miała poprowadzić nas prooosta jak drut przecinka. I wiecie co? Poprowadziła nas! Jedynym problemem był żar lejący się z nieba... Nie dość, że gorąco, to jeszcze potwornie duszno - powietrze było gorące i nie było co wdychać! Przeszłyśmy już jakieś 5/6 trasy do punktu, kiedy Natka wydała z siebie niewybredny okrzyk, po czym zakomunikowała mi, że nasza karta kontrolna "gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzieee..." (Nigdy więcej nie zaufam sznurkowi organizatora!) Cóż było robić - bez zbędnego biadolenia zaczęłyśmy wracać. Bałyśmy się, że stracimy swoją drugą pozycję, więc z biciem serca przeczesywałyśmy wzrokiem trasę po każdym zakręcie sprawdzając, czy nikt nas nie goni. Kartę odnalazłyśmy po jakimś kilometrze, więc nie było tragedii. Chwilę po zmianie kierunku Natce zakręciło się w głowie od słońca i zrobiłyśmy przerwę w cieniu. Po niedługiej chwili Natka wstała i rzucając "dooobra, bez dramatyzowania" ruszyła dalej. Szybko i bez problemów dotarłyśmy do punktu umiejscowionym na terenie lekkawo podmokłym (tendencja podmokłości terenów, na których znajdowały się punkty, była wzrostowa, jak się później okazało). Do następnego punktu musiałyśmy znów wrócić już dobrze wydeptaną przez nas ścieżką. Po drodze minęłyśmy dzielnych Parzyszków, którzy wraz z innym męskim teamem posuwali się naprzód w mocno turystycznym tempie...
Trasa do piątego punktu była bardziej kręta, ale wcale nie bardziej wymagająca nawigacyjnie. W połowie drogi poczułam odciski na nogach. I co dziwne - na wewnętrznych stronach pięt, co nigdy jeszcze mi się nie przydarzyło. W końcu zrobiłyśmy krótką przerwę regeneracyjną (ja wsunęłam drugiego batona, Natka nic - taki układ utrzymał się do końca dnia). Ja pozaklejałam się plastrami, choć czułam, że wcale mi nie pomogą. Ruszyłyśmy dalej i przyszedł moment przeprawienia się przez rzeczkę. Mostu akurat - dość głupio - nie wybudowali tam, gdzie by nam pasował. Cóż było robić, wybrałyśmy miejsce, w którym woda wydawała się wzlgędnie czysta i postanowiłyśmy zmyć z siebie trochę potu. Natka nie chciała się bawić w zdejmowanie butów, ja jednak postanowiłam oszczędzić swoje obuwie i uderzyłam na bosaka. "Względnie czysta woda" okazała się bujdą, bo zapadłyśmy się w obrzydliwy czarny muł prawie po pas. (Ja mimo wszystko doceniłam naszą rzeczkę - jakkolwiek mulista by nie była, okazała się pierwszą i ostatnią chłodną rzeczą w ciągu rajdu) Po kilku okrzykach zdegustowania byłyśmy już na drugim brzegu z czarnymi nogami i mokrymi majtkami - bynajmniej nie z wrażenia... Po tej przeprawie niestety nie czekała na nas żadna ścieżka, więc idąc z przodu mówiłam co jakiś czas "trochę w prawo" lub "trochę w lewo" mając nadzieję, że Natka nie zabije mnie za to, że wylądowałyśmy w sąsiednim powiecie. Kiedy po przedarciu się przez krzaki wszelkiej maści dotarłyśmy na asfalt, okazało się, że znajdujemy się IDEALNIE na przeciwko ścieżki, która poprowadzić nas miała prosto do punktu! "Piątka" była miejscem wpadania strumyka do niewielkiego stawu schowanego gdzieś w gęstym lesie. Skręciłyśmy między drzewa raczej na chybił-trafił i... strzał w dziesiątkę! Mocząc nieco stopy w grząskim terenie szybko podbiłyśmy i wróciłyśmy na asfalt. Teraz czekała nas prosta droga na punkt szósty, czyli pierwsze zadanie specjalne.
Zadanie nie było skomplikowane - dwie liny przeciągnięte przez rzeczkę, z którą już miałyśmy okazję się zaznajomić... Po tym punkcie znów zmierzamy do strefy zmian, choć gorszym tempem niż na początku, bo słońce zdążyło nas mocno spowolnić. Natka wciąż źle się czuła, ja nieco lepiej (być może ratowała mnie czapka). Na ostatniej prostej decydujemy się ściąć trochę przez las, ale tym razem metoda "trochę w lewo, trochę w prawo" nie zadziałała idealnie. Na dobrą drogę zaprowadziły nas słyszane z daleka okrzyki dzieci z ośrodka, w którym była strefa zmian. Bardzo się nie pogubiłyśmy - straciłyśmy może 30 sekund.
W strefie zmian spędzamy 6 minut, do pierwszego zespołu mamy już godzinę straty, ale nadal jesteśmy drugie. Z ulgą przesiadamy się na rower. Do punktu ósmego prowadzi nas mało skomplikowana droga, w większości szlakiem. Brak wyzwań nawigacyjnych rekompensują wyzwania terenowe - niemal cała droga jest mocno piaszczysta i momentami pagórkowata, co powoduje mooocne spowolnienie naszego tempa i nadszarpnięcie siły w łydkach. Patrząc na mapę cieszymy się, że wracając z "ósemki" będziemy jechać jakąś większą drogą. Jednak gdy docieramy do tej "większej drogi" okazuje się, że musimy zsiąść z rowerów, bo nie dajemy rady jechać - taki był piach! W drodze na punkt zatrzymujemy się, bo zupełnie niespodziewanie kończy nam się ścieżka (Natka każde zatrzymanie wykorzystuje na położenie się na mapniku - w poradach na napieraj.pl było, żeby odpoczywać kiedy się da! No, bez przesady, tylko nie każde;-)). Patrzę na mapę, potem wskazuję na pokrzywy i mówię "Może tędy będzie jakieś przebicie..." - patrzymy, a tam punkt wisi na drzewie. Nieźle. Pozostaje nam już tylko prosta droga na punkt 9., czyli drugie zadanie specjalne - ale to już w środku miasta. Długo jeszcze musimy jechać piaszczystymi drogami, które stają się domeną tego etapu. W końcu wpadamy na nieco bardziej utwardzoną drogę, gdzie jednak rower Natki spotyka mała awaria - łańcuch zablokował się między zębatką a ramą. Udaje się pokonać problem i z dłońmi czarnymi od smaru ruszamy dalej. Raduje nas asfalt, który jednak daje nam ulgę na jakieś 500 metrów. Dalej znów droga między polami, ale jesteśmy całkiem dzielne. (W międzyczasie bardzo fajny, niedoceniony przez Martę, zjazd) Docieramy do centrum handlowego, gdzie czekają na nas 10-metrowe drabinki. Szybko załatwiamy sprawę i kierujemy się na metę.
Jakąś minutę przed celem orientujemy się (przytomny umysł Natki, choć po tym słońcu kto by się spodziewał), że nie podbiłyśmy karty na ZS2. Szybka decyzja - wracamy. Nie jest daleko. Tracimy jakieś 13 minut. Wpadamy na metę i... lecą do nas z szampanem, bo jesteśmy drugie! W dodatku odrobiłyśsmy trochę straty i przyjechałyśmy 37 min po pierwszym zespole. Bierzemy szampan z Biedronki, a następnie zmęczone i podrapane udajemy się do zajęć wieczornych...
To miłe uczucie, kiedy we dwie baby przegania się tylu facetów :)
Rajdowały i relacjonowały: Marta i Natka.
Napisał/a: natka, 2010-07-08 02:43:23 komentarze (5) || skomentuj
Mania, 2010-07-08 10:10:29, napisał/a:
Brawo dziewczyny! Gratuluje sukcesów
i dzięki za fajną, rzeczową relacje - takie lubie czytać :)
(Natka niezła korba do listy prezentów dla ciebie musi dopisać czapkę :)
Natka, 2010-07-08 11:23:39, napisał/a:
Nic nie trzeba dopisywać - wystarczy, że przekonałam się,że trzeba ją ze sobą zabierać;-)
waleśka, 2010-07-08 11:30:29, napisał/a:
Relację czyta się super! Jakby się było tam z Wami. Gratuluję drugiego miejsca raz jeszcze!! :D
Janek, 2010-07-08 11:43:14, napisał/a:
"To miłe uczucie, kiedy we dwie baby przegania się tylu facetów :)"
Super dziewczyny! Jesteśmy z Was dumni!
A co do czapek to czyba jest to sprzęt obowiązkowy - w zeszłym roku Mania na Navigatorze miała to samo, ale jak widać wyciągnęła wnioski. :)
aka, 2010-07-08 23:04:13, napisał/a:
No, dziewczyny, super Wam poszło. Widać, że miałyście zapas :)
Skomentuj ten wpis!


postami.






