Szybko o Wiśle
Czekając na poważną relację z trasy masters rajdu Wisły szybki opis opcji dla tych "mniej wytrenowanych napieraczy" - trasy krótkiej, z którą zmierzyliśmy się razem z Arusem jakiś czas temu.
Trochę szczegółów trasy: 56 km podzielone na 4 etapy - BnO 6km, rower 19km, trek 11km, rower 20km. Plus dwa zadania specjalne - park linowy i ścianka wspinaczkowa. Start: godz. 10.00 rynek w Wiśle. Miało być szybko, bardziej treningowo niż wyścigowo, bez presji, fajnie i przygodowo. I tak właśnie było, no poza "szybko”, bo było zdecydowanie dłużej niż się spodziewaliśmy i trudniej niż myślałam, że będzie.
56km obliczyłam na jakieś 8 no góra do 10 godzin rajdowania, jeśli coś pójdzie nie tak - wyszło dwanaście. Dlaczego? Głównie przez błędy nawigacyjne i górski teren (to było moje pierwsze spotkanie z kolarstwem górskim), ale także szereg innych szczegółów, które sprawiały, że nie byliśmy idealnie przygotowani na te warunki.
Już bieg na orientacje zajął nam zdecydowanie za dużo czasu, chociaż mieliśmy tam chyba tylko jeden jakiś poważniejszy problem z poszukiwaniem punktu (wniosek - jeśli górska ścieżynka się kończy należy poszukać innej zamiast przedzierać się dalej, aż las stanie się zupełnie nie przebieżny. Jeśli jednak dopuści się do takiej sytuacji jest to moment, w którym już zdecydowanie należy obrać inną drogę a nie próbować przeciskać się dalej między gałęziami;) Pozostałe błędy to już drobiazgi, które jednak spowodowały, że obrane warianty nie zawsze były optymalne, a to kosztowało kolejne minuty. W rezultacie etap skończyliśmy prawie w tym samym czasie, co chłopcy na dwa razy dłuższym BnO trasy masters. Nie były to szybkie 6km. No i zdecydowanie było to więcej niż 6 km.
Z biegu przesiadaliśmy się na rowery i tu nasza trasa miała pełną dowolność, ponieważ po drodze na przepak jedynym PK był park linowy - znajdujący się zaraz na początku etapu - tam spotkaliśmy się z naszym niezłokorbowym-masters-teamem po raz ostatni na trasie. Ponieważ z każdym ZS zmagał się tylko jeden zawodnik z zespołu, o parku linowym nie bardzo mam coś do powiedzenia (podobno był fajny!). Podczas gdy Arus skakał na linach, ja zjadłam batonika i musiałam przyznać się przed sobą, że niestety obsługa arusowej pompki rowerowej mnie przerasta i potrzebny jest mi jakiś mężczyzna do pomocy (ech). Janek pośpieszył z pomocą, a ja zajęłam się mniej wymagającym zadaniem - mianowicie układaniem mapy, w olkowym mapniku.(Myśmy nie zdążyli przed startem zamontować mapnika, co odbiło się na naszej nawigacji podczas drugiego roweru).
Trasa rowerowa nie była skomplikowana - asfaltem cały czas prosto. Jeden dłuższy podjazd na początku (nie było łatwo!), a potem już głównie w dół - szybkie fantastyczne zjazdy. Na przepaku kolejne ZS - ścianka, która okazała się dmuchanym balonem z mało przyjaznymi chwytami. Arus wspiął się na górę zaliczając dla nas zadanie, ja powspinałam się dla zabawy.
Już na samym początku trekkingu trochę pobłądziliśmy, (chociaż wciąż nie jestem pewna jak to się stało), potem było lepiej za to gorąco i pod górę. Na koniec niestety droga, która miała doprowadzić nas na Trójstyk do ostatniego PK okazała się błędna i w magiczny sposób zawróciła o 90 stopni (doprowadzając nas w to samo miejsce gdzie błądziliśmy szukając pierwszego punktu na trasie trekkingu!) i znów kosztowała nas to sporo czasu i kilka kilometrów więcej. Chociaż w nastrojach byliśmy dobrych, to muszę przyznać, że mnie ten trekking wymęczył. Po cichu jednak liczyłam na szybki rower, a potem odpoczynek na mecie.
Rower zdecydowanie nie był szybki. Zabrakło mi doświadczenia i technicznych umiejętności radzenia sobie z szalonymi górskimi zjazdami i podjazdami, a także po prostu siły. Czwarty etap naszej trasy składał się znów tylko z jednego PK. Za to w celu jego podbicia trzeba było wjechać na Wielki Stożek, a potem już zjeżdżać w dół do Wisły. Wjeżdżając (a może wpychając rower) na kolejną górkę zdaliśmy sobie sprawę, że już nie unikniemy napierania po zmroku, co trochę mnie przerażało, bo nigdy nie jeździłam rowerem po górach, a już na pewno nie po ciemku. No i wyszło też na jaw, że na zespół posiadamy tylko kiepsko świecącą czołówkę i małe czerwone tylne światełko. Czyli o zestaw Arusa za mało - no cóż żadne z nas nie przewidziało tak późnego powrotu, jednak wyposażenie obowiązkowe nie bez powodu jest obowiązkowe. W każdym razie daliśmy radę - najpierw wspinając się po ciemku a potem zjeżdżając wspólnie oświetlając sobie drogę. Wspinanie się wspominam strasznie - byłam wykończona, głodna no i robiło się coraz zimniej (moja kurtka beztrosko leżała w plecaku na przepaku B).
Po drodze na szczyt widzieliśmy piękny zachód słońca, który był pozytywnym akcentem tego odcinka drogi. Niestety, kiedy słońce zaszło pozytywne akcenty się skończyły:) Generalnie bardzo chciałam już znaleźć się na górze. Gdy się tam znaleźliśmy okazało się, że zjazd po ciemku jest kolejnym wyzwaniem, na które wcale w tym momencie nie miałam ochoty. Na Stożku miła pani otworzyła dla nas schroniskowy sklepik, sprzedała nam czekoladę, chwilę odpoczęliśmy i mogliśmy ruszać dalej. Żółty szlak, którym planowaliśmy zjechać wyglądał dość nieprzyjaźnie, więc biorąc pod uwagę okoliczności wybraliśmy bezpieczniejszy zjazd zielonym. Zjeżdżaliśmy bardzo wolno, schodząc na bardziej kamienistych fragmentach i jakoś dotarliśmy do asfaltu, którym już pomknęliśmy prosto do Wisły. Ostatni fragment śmigało się świetnie, po pustych ulicach, ale też mocno mnie tam zawiało i zrobiło się dość nieprzyjemnie zimno. Na szczęście meta była niedaleko, a tam Ula poczęstowała nas ciepłą zupką, Arus poratował mnie swetrem, a Marta robiła mnóstwo zdjęć. Było bardzo miło i mimo świadomości popełnionych błędów i braku oszałamiającego końcowego czasu, byłam zadowolona z tego startu. Nadal jestem. Nowe przygodowe górskie doświadczenie.
Tak więc w Wiśle było dokładnie tak jak miało być - " fajna (wcale nie łatwa!) trasa krótka", jak reklamował Janek, pełna "ostrych rowerowowych podjazdów i zjazdów" jak zapowiadali organizatorzy. W sam raz na moje początkujące możliwości.
Wnioski, które przychodzą mi teraz do głowy są dość proste:
-Jak zawsze kwestia jedzenia i właściwego dobrania stroju jest niezwykle ważna. Z jedzeniem to na pewno lepiej mieć go za dużo niż na odwrót. Jeśli chodzi o picie to coś innego niż woda do łyknięcia na przepaku jest miłą odmianą.
-Po tylu godzinach każda kolejna mała rzecz przeszkadza dużo bardziej - ja np. nie mam właściwego plecaka i o ile na krótkich odcinkach nie robi mi to różnicy to po wielu godzinach strasznie mi przeszkadza.
-Wszystko powinno być spakowane i gotowe odpowiednio wcześniej. Rano przed startem i tak zawsze jest za mało czasu.
- Trzeba chyba specjalnie tranować do górskich rajdów. Biegać pod górkę,to samo tyczy się roweru. Bo to zupełnie inna jazda, którą trudno wyćwiczyć w Warszawie.
-Może jednak długie spodnie do napierania przez te wszystkie krzaki i pokrzywy ? Wciąż nie wiem czy lepiej sie spocić czy podrapać.
Nic nowego. Wszystko to, co każdy niezłokorbowicz dawno już wie!
Napisał/a: mania, 2009-08-29 01:35:18 komentarze (5) || skomentuj
Łucja, 2009-08-29 19:06:39, napisał/a:
Ten krótki opis nie jest taki krótki... :)
Widzę, że o kolejny krok w rajdowaniu jesteś do przodu! Czy trenowałaś juz jakieś górki po samym rajdzie z motywacją na kolejny "górski" rajd?
Łucja, 2009-08-29 19:14:39, napisał/a:
No i koniecznie wrzućcie zdjęcie nr 117 z tego linku:
http://picasaweb.google.com/MarekB73/Ra … 7746973618
180-186, 208 to z kolei panowie z Masters - widać jak bardzo Jankowi się spieszyło!
Łucja, 2009-08-29 19:20:45, napisał/a:
Pomoc w zespole:
http://www.compass.krakow.pl/wisla/gale … _4096.html
I dalsze zdjęcia Speed: 4102, 4120, 4121, Masters: 4174-4180
Mania, 2009-08-31 11:52:05, napisał/a:
miało być krócej . tak jakoś wyszło ;)
jak narazie nie trenowałam za bardzo ...
Janek, 2009-08-31 18:59:46, napisał/a:
Ale jazda!
http://www.napieraj.pl/xoops/modules/ne … mpost22401
Skomentuj ten wpis!


postami.






