----- Original Message -----
From: jaga36
To: Jan Kaseja
Sent: Monday, April 14, 2008 12:53 PM
Subject: opis
Witam
Ponieważ lubię pisać, napiszę co nieco o naszej wędrówce.
Oczywiście pierwsza przygoda spotkała nas z Filipem już na samym początku, kiedy to okazało się że nie doczytaliśmy który to ratusz i pojechaliśmy na Ratusz Wola <- tego chyba jeszcze nie wiedzieliście ;P. Spóźnieni, już lekko zmęczeni ( w końcu jechałam z drugiego końca świata! ;)), dojechaliśmy za 5 północ na start. Gdy w końcu udało nam się wyruszyć- bez świateł- nakrzyczała na nas policja. zatem włączyliśmy światła i choć z dynamo jechało się ciężej- jechaliśmy... mijaliśmy różne dziwne miejscowości, miejscowych zbiegów z więzienia i innych.. ;) a końcu dojechaliśmy na punkt pierwszy i powiem Wam że jako 3... :D dalej, ciemną drogą tuż tuż za 158... ;> aż do punktu 2, gdzie byliśmy 2! i gdzie byliście Wy! ;) ale tu kończyło się nasze powodzenie na trasie, bo dalsza droga prowadziła przez ciemny las, a my niestety mieliśmy słabe oświetlenie i jechało się kiepsko nie widząc prawie drogi, korzeni, i "błyszczących w mroku morderców ok"... ;) do pierwszego przepaku pojechaliśmy gdy księżyc był w pełni swojego blasku, wilki wyły, drzewa szumiały... zostawiliśmy Wam rowery i wyruszyliśmy! Tu ostatni raz, na czas dłuższy, widzieliśmy w dali, odblaskowe plecy dziewczyn ze 158... my poszliśmy w przeciwnym kierunku, aby po około godzinie spędzonej w ciemnościach dojść do Mogilnego Mostka (miał 26/28? desek ;)) od tego momentu bez latarki mogliśmy iść z zamkniętymi o czami gdyż księżyc i gwiazdy powoli chowały się za przysłoną mgły... mieliśmy do wyboru iść przez las na azymut, lub wybrać drogę na około, szlakiem, obok parkingu Palmiry. Wybraliśmy pierwszą opcję, ale po kilku minutach, gdy nasze buciki do jazdy na rowerze były zupełnie przemoczone, a przed nami w świetle latarki rozpościerał się widok coraz to nowych rozlewisk, wróciliśmy rozkopaną przez krwiożercze dziki ścieżynką na szlak. i szliśmy i szliśmy... aż na końcu ciemnego leśnego tunelu dostrzegliśmy słabe światełko. Dotarliśmy do jakiejś wsi (Palmiry...?) Może przyjemnością było by znalezienie się w końcu w miejscu oświetlonym, jednak przeraziło to, że gdy jeden pies wyczuł naszą obecność, zaczął szczekać, zaraz cała wieś ujadała! ;> szliśmy kawałek drogą asfaltową, by niedługo potem znowu skręcić w las. na początku trafiliśmy na czyjąś nieogrodzoną posiadłość, ska wygoniły nas psy. Szliśmy dalej... gdzieś w drodze przebiegło przed nami coś dużego i szarego, a za raz potem jakieś dwa, równie dziwne stworzenia wyskoczyły na nas i powiedziały "bu"! po kilkuminutowej konwersacji każdy z naszych patroli ruszył w swoją stronę... doszliśmy do puntu z kominem, wraz z pierwszym trelem ptaków. ale... komina nie było. była kapliczka i roztaj szlaków. dalej dom ze wściekłym psem, obok którego mieliśmy możność przechodzić w tą i z powrotem 3 razy... ;> w ogóle, to moglibyśmy zamienić punty, bo tu dwa szlaki się mijały czarny i niebieski), a tam gdzie tak na prawdę powinien być ten punkt znaleźliśmy komin... ale o tym zaraz. idąc już bez latarki doszliśmy do cmentarza Palmiry bez większych przygód. oprócz tego że zjedliśmy już prawie całe nasze zapasy! ;P chcieliśmy znaleźć kolejny punkt, wiec krążyliśmy po okolicy... był komin, były górki i pagórki... chyba go w końcu znaleźliśmy, ale już sama nie wiem czy to ten co powinien... ;> było już na prawdę w miarę jasno gdy dotarliśmy do naszych rowerów. tak jak się spodziewaliśmy zostały już tylko 4 rowery... ;) Olka budziliśmy ok 5 minut. a końcu, ogromnie niezadowolony wstał... :) wtedy ja poszłam spać, wtedy przyjechał Janek, wtedy też był ten moment kiedy patrzyłam na mapę i nie widziałam nic prócz szlaczków ;>
Ruszyliśmy na kolejny etap gdy Anie docierały do rowerów. mgła powoli się przerzedzała. dowiedziawszy się że 158 idą mniej więcej razem, postanowiliśmy poczekać na drodze na Anie. Tak wiem wiem, nie mieliśmy tak robić... ale integracja też jest ważna... ;) gdy W KOŃCU Anie do nas dotarły, ruszyliśmy..."najpierw powoli jak żółw ociężale"... później zresztą tak samo. dojechaliśmy do znajomego wszystkim Truskawia.... i nie myślcie że traciliśmy czas na sklep! ;>:P jechaliśmy dalej, a miasto budziło się do życia... pierwsi mijani turyści na trasie... pierwsze promienie słońca i te sprawy... ;) znów wjechaliśmy w las. Tutaj moja pamięć się zaciera, gdyż rzadko zaglądałam do mapy, jechałam raczej za NIMI, albo szlakiem. W każdym razie pierwszy punkt był chyba dość blisko...;> Łazienka cała w rosie! <-maskara. Anie miały na szczęście trochę PYSZNEGO prowiantu ;) a i Wasze pierniczki (których nie powinnam jeść! ) też były dobre... ;) no to dalej jechaliśmy i tak nam się z Anią zdawało że trasa taka korbiasta była, czyż nie? ;> 5 razy mijaliśmy zapalonych dziadków. Anie zaliczyły już pierwsze upadki. Ja także- gdy mój rower NIE CHCIAŁ - zupełnie nie wiem czemu- podjechać na powalone drzewo... no i znalazłam się co prawda po jego drugiej stronie, ale bez roweru. hehe. najfajniejsza przygoda, którą chyba już znacie spotkała nas na czerwonym szlaku o ile się nie mylę... Zatem było to tak: Jechałam pierwsza, za mną Filip i duża Ania. Przed nami pokazały się ogromne kałuże i powalone drzewa. przez część przejechałam, przez część przeprowadzałam rower idąc po pniach. Starszyzna się ze mnie śmiała, mówiąc że oni jadą na około... Gdy druga Ania dojechała na początek błot, zeszła z roweru i mądrze poszła za mną :P po przeprawie czekałyśmy na starszyznę ale gdy tych ni widu ni słychu... zadzwoniłam do Ani. "hahahaha. zaraz będziemy. hahahaha. ale mokro. hahahaha" 20 minut i byli :P mokrzy do kolan, a my suche i wyspane <- mają swój skrót! ;) odtąd prowadziłam ja! haha! dalej, mijaliśmy jakieś punkty- nie wiem jakie bo "spałam" wtedy ;) oczywiście kilka razy nasze rowery odmówiły posłuszeństwa na piaskach i błotach. A później jak sami wiecie odbyła się akcja ratunkowa Ani... a potem, ach te góry :) ciężko było oj ciężko. ale deszcz i wiatr dodawały nam otuchy! ;) i jakoś daliśmy radę. Ach wracam do pisania- na razie 2 wf i religia ;).
około 200 m przed kolejnym przepakiem postanowilsimy zrobic sobie przerwe(staruszkowie sie zmeczyli:P) wielkie bylo nasze zaskoczenie, gdy zjezdzajac z gorki,po kilku sekundach dostrzegliśmy samochody i WAS! Tu spędziliśmy sporo czasu... zjedliśmy <-punkt najważniejszy, położyliśmy się,a może tylko ja? ;>;) punkt drugi z ważniejszych no i wystawiliśmy 2 spektakle pod tytułem lokomotywa... gdy rozpadało sie na dobre, ukryliśmy się wozach pancernych. nie chcieliscie nas puścić na pieszą trase-to nie!phi.byliśmy pełni sił,gdy przyjechała ekipa zwycięzców ;) odbyła się integracja przy odtarzaniu piosenki "mysie patysie, tipsy, klipsy"...a następnie wyruszyliśmy na kolejny podbój świata na naszych 2-kołowych wymiataczach! Deszcz lał na nas niemiłosiernie tym cięższa była i błotnisrzejsza <- ;] droga. Anie lądowały w kałużach, nas BURZA oszczędziła ;) zziębnięci i mokrzy jechaliśmy szlkakiem czeronym- chyba naciekwaszym na tym rajdzie;) ażnaszym oczomom uakzały siędziwnie znajome dwie sylwetki... ach,zgadnijcie kto ;D. dalej jechaliśmy i jechaliśmy i już nie pamiętam jak, mijając szkółkę leśną, dotarliśmy do terenów zabudowanych, a potem na pentle, a potem do Janka, gdzie posiliwszy się->głównie nutellą ;), odpoczeliśmy, by za chwilęstawić czoła znużeniu które dopadło nas w drodzepowrotnej autobusem do domu. spałam na stająco! ten autobus jechał w nieskończoność! gdy chyba po kilku godzinach dojechał w końcu do Warszawy( z Leszna;p), wytoczyliśmy się <- tegomometu nie pamiętam ;) Olkowie i Jankowie pomogli nam wyewakuować się z wechikółu i doczłapać do samochodów. zabraliśmy swoje przepaki i... na Gocław! przez centum i Wole ;-)
ile czasu? ofiar? kilometrów? zębów? krwi?i zdrowia? minęło , przejachaliśmy i straciliśmy <- nie wiem. wiem na pewno że dziś jest poniedziałek, a ja mam ograomne zakwasy,wory pod oczami, ale wciąż żyję rajdem,który był na prawdę FANTASTYCZNY ;-) taki niby zwykły, a jednak :) taki niewygrany, a jednak :)
i znów błędy i opuszczona religia,ale jest ;)
pozdrawiam serdczenie, idę na polski ;)