rAId
Najbliższy planowany rAId:
06/07 czerwca 2009
Koszt: <= 10 zł
Długość trasy: < 100 km

opis pierwszego rAIdu
opis drugiego rAIdu
opis trzeciego rAIdu


Pobierz tapetę z logo rAId'u:
- normalną - 1920x1440 px
- panoramiczną - 1440x900 px


Zobacz grono rAIdu

home
info
wkręć się
uczestnicy
kontakt
kontakt

Człowiek uczy się na błędach

rAId 2

Zaczyna się niedobrze. "Przecież mamy jeszcze czas, można się wyluzować." Chociaż już od kilku dni przygotowywaliśmy się do rAIdu, to jakimś sposobem udało nam się wszystko zostawić na ostatnią chwilę. Zmiana pedałów, zmiana bloków w butach, oświetlenie, regulacja hamulców, zapasowa dętka, kolacja, strona internetowa i czekający klient. Czas do startu szybko się kurczy. Pedały nie chcą się odkręcić, śruby w blokach zabite na amen, za duże klucze, brak adresów i haseł do serwera. Jesteśmy już spóźnieni na autobus, a walka trwa.

W bagażniku telepią się rowery, trzeba uważać na dziurach i zakrętach. Jemy kanapki, zastanawiamy się czy wszystko mamy i powtarzamy działania do wykonania na starcie i pierwszym przepaku. Na parking Promenady przyjeżdżamy spóźnieni 2 minuty - jest dobrze. Szybkie montowanie rowerów, Jagoda odbiera prezent dla Szatka i wygląda na to, że jesteśmy gotowi. Tętno 105 bps, ach ta adrenalina! Zdajemy przepaki, wszyscy cykają sobie pamiątkowe fotki na starcie i. Nie, to nie start. "Sto lat, sto lat!" niesie się po parkingu, a Szatek odbiera życzenia, prezent i przepyszne tiramisu. Dostajemy po kawałku, łykamy "z gwinta" Piccolo, odbieramy mapy i ustawiamy się na starcie.

Prowadzimy. Przynajmniej tak nam się wydaje :-). W okolice PK 1 docieramy bez problemów, ale samo znalezienie głazu-pomnika nie jest łatwe. Sprawdzamy na wydmie, ale dość szybko rezygnujemy. "Przecież na mapie podstawa sygnatury nie jest w poziomicach. To musi być gdzieś po lewej!" Szukamy, ale ścieżki robią się zbyt małe. Może jednak coś poknociliśmy z nawigacją? Dlaczego nie mamy busoli? Tego nasze fast'n'lite chyba nie przewidywało. Przyjechała już reszta, zaczynają się zbiorowe poszukiwania. Postanawiamy sprawdzić dalej wydmę. Piach miejscami jest tak głęboki, że pchamy rowery. Szczególnie po glebie Janka, który nie zdążył wypiąć się z nowych pedałów. Wreszcie jest! Spisujemy odpowiedź na zadanie, robimy fotkę i w dół. Światła czołówek z tyłu są co raz bliżej.

Skracamy drogę, wariantem mocno zapiaszczonym. Tym razem ja zaliczam glebę. Ach to SPD. Wreszcie asfalt, koordynacja mapy z licznikiem i "jeśli dojedziemy do krajowej 2 to znaczy, że wyjechaliśmy zbyt wcześnie i trzeba się nią przebić trochę na wschód." Jak można się było spodziewać, po chwili dojeżdżamy do rzeczonej dwójki. Niedługo potem jesteśmy przy zjeździe na Lublin. No, pięknie, ale za chwilę skończy się mapa! Coś tu nie gra. "Przecież to nie jest możliwe, żebyśmy tak szybko pokonywali takie odległości na mapie!". Jak się później okazało, to była trafna uwaga.

Wyprzedzamy zespół Cioć. Przynajmniej mamy już pewność, że nie jedziemy ostatni. Nieco dalej mijamy grupę czerwono-białych światełek i odblasków, która zastanawia się nad dalszą drogą. Janek jest jednak pewien siebie, więc jedziemy do przodu. Doganiamy LSD i Napierhard, więc wygląda na to, że znów jesteśmy w czubie. PK 2, fotka i znów dalej. Bardzo fajnie się jedzie, ciekawa i zróżnicowana ścieżka, piasku dużo mniej, adrenalina działa (w końcu chciałoby się zdobyć przewagę, a inni nie odpuszczają!).

Wreszcie trafiamy na zielony. rety, niebieski szlak. Kolor i tak niewiele nam pomoże, ale jeśli skręci niedługo w lewo, to może dowiemy się gdzie jesteśmy! Kolejny "skrót", który wybraliśmy, na szczęście rzeczywiście był krótszy :-). Tylko skończyło się tym, że nie znaliśmy swojej pozycji. Już nigdy więcej nie zapomnę o busoli!

Grzejemy na przepak, droga powinna być już w miarę prosta, ale. Coś tu się nie zgadza. Po mapie poruszamy się z dużą prędkością, ale teren nie pasuje do kilometrażu. I do tego te wielkie ciężarówki, w miejscu, gdzie powinien być cmentarz! Konsternacja - jechać dalej na wschód, skręcać, szukać? Dojeżdżają Sołtys z Lionem i Siekson z Kazulem. Szukamy razem, potem oddzielnie. Wreszcie wracamy się i wreszcie sukces. Pierwszy przepak!

Stratę z poszukiwań odrabiamy na przepaku ("Ejj, oni naprawdę ćwiczyli przepak!" - komentuje Mania) i biegu. W końcu w planie etap 2. mieliśmy przebiec. PK 4 to kościół, który. mijamy! Zawrotka, zdjęcie i do przodu. Wielki IKARUS wyłania się zza zakrętu jak smok. Bestia robi wrażenie, kiedy rozpędzona mija nas jadąc w kierunku Warszawy.

Z busolą czy bez odległości na mapie nadal nas zaskakują. Wreszcie wpadamy na drogę w kierunku Wiązownej i częściami biegniemy. "Mamy coś do jedzenia?", "Batonika! Więcej zjemy na przepaku po tym etapie." No tak. przecież miało być fast'n'lite.

Pałac Lubomirskich okrążamy, w końcu kto mógł wpaść na to, że wejście będzie jednak od głównej drogi :-)?. Na tym PK znów spotykamy wcześniej wspomniane dwa zespoły. Otwieramy bramę, potem drugą, robimy zdjęcie i jesteśmy już na drodze do PK 4. Kawałek idziemy razem (panowie z LSD też nie mają jedzenia), ale ostatecznie wybieramy inny wariant nawigacyjny i skręcamy na szlak rowerowy. Powoli świta.

Zaczyna się niewinnie. Uczucie głodu, potem lekkie ssanie w żołądku, a potem nudności i ból brzucha. Aż do przepaku strasznie się wlokę, w głowie łomoczą myśli o odpoczynku, zamknięciu oczu, uśmierzeniu tego cholernego bólu brzucha. Rezygnacji? Połączone siły sleepmonstera i głodu są twarde. Ulegają dopiero maniowej herbacie i domowym kanapkom. Na szczęście.
Zadanie specjalne olewamy, ale skoro mamy taką możliwość to po co tracić czas? Będzie nas to gryzło do końca trasy, ale cóż - 30 minut piechotą nie chodzi. Wcinamy jeszcze pierniczki - bez nich nie byłoby rAIdu!

Dojazd do basenu trochę odpuszczamy, ale chyba nie zdajemy sobie z tego sprawy, bo widok Napierhardu przed nami w Józefowie jest pewnym zaskoczeniem. Wyprzedzamy ich kawałek przed pływalnią i dzięki temu jesteśmy tam pierwsi - równo z ekipą organizatorską. Basen jest cudowny. Do przepłynięcia jest kilometr, ale prysznic przed wejściem wynagradza każdy dystans. Ile przyjemności daje ta podstawowa czynność!
Siekson i Kazul dojeżdżają chwilę po nas, więc pływamy razem. Panowie mają lepszy system - każde dwa baseny zaczynają skokiem. My ostatecznie zmieniamy się co 100 metrów, ale nie wychodzimy na tym najgorzej. Później okaże się, że straciliśmy jedynie minutę do Napierhardu. Tuż przed naszym wyjściem Siekson łapie skurcz w łydce, a następnie drugiej. Pomagam mu się wydostać na brzeg basenu, ale resztą zajmują się ratownicy. Cykamy sobie zdjęcie z Weroniką i wracamy na rower.

Dzień zapowiada się piękny. Jak dobrze, że prognoza ICMu się nie sprawdza! Przejeżdżamy przez Świder, mijamy Otwock, asfalt szybko mknie pod oponami. Jest dobrze! Z budki pod kościołem spisujemy numer naciskając D, na słupie zostawiamy karteczkę i ruszamy do pomnika lotników. Nawigacja nie sprawia nam problemów. Na ostatnim przepaku jesteśmy przed Dominiką.

Trzysta metrów od przepaku. "Wziąłeś busolę?""Eeee, zostawiłem. Ale nie jest nam teraz potrzebna! Damy radę." Pierwszy PK ostatniego treku znajdujemy bez trudu. Do drugiego również trafiamy bez problemów. Idzie się dobrze, mamy dobre humory, pełne brzuchy i jeszcze do tego perspektywę sklepu w Celestynowie. Super!

Celestynów osiągamy przytłoczeni krótszym, choć nieciekawym wariantem asfaltowym. Odwiedzamy sklep mięsny, potem ostatni PK na dworcu kolejowym. Gramy nawet w "papier, nożyce, kamień" kto przejdzie na drugą stronę torów po schodach. Nauczka na przyszłość - zawsze jest przejście dołem! Z czego Janek korzysta w drodze powrotnej :-). Przy dworcu trwają obchody 65. rocznicy akcji w Celestynowie.

Droga powrotna na Białą Górę obfituje w przygody. Szlak jest kiepsko oznaczony, a nasze skróty średnio chcą wychodzić bez busoli. "Po skręcie pierwsza w lewo." Ech. ale nie od razu, tylko za co najmniej kilometr! "O! Ta przecinka wygląda dobrze. Idziemy!" "Hmm, biorąc pod uwagę słońce i obecną godzinę, to chyba jest dobry kierunek." "Ooo, a to nie jest ta polana, którą mijaliśmy na rowerach?" "Eeee, nie."

Na metę wchodzimy po prawie trzynastu godzinach i ok. 96.5 km od Promenady. Cieszymy się, że pierwsi, ale w głowach jest myśl o błędach, które popełniliśmy i niepodjętym ZS. Mięso na grillu wesoło skwierczy, woda leje się z butelki, toczy się wesoła rozmowa. Odpoczywamy, jemy, rozmawiamy. Miła atmosfera - piękne zakończenie. A start, trzynaście godzin temu. to było tak dawno!

- -
Podziękowania należą się przede wszystkim Mani i Dominice, które podjęły się organizacji tej edycji rAIdu i wyszło im to bardzo dobrze. Nie można też zapomnieć o tacie Dominiki i Łukaszu, którzy zajęli się logistyką imprezy. Mam nadzieję, że wszyscy zobaczymy się na starcie kolejnej edycji!

© copyright by Niezła Korba 2007-08; wszystkie prawa zastrzeżone
panel
Niezła Korba