Właśnie ruszył Hi-Tec Rajd Przygodowy w Bielsku-Białej (często nazywany jeszcze Rajdem Wisły). Na starcie NAJDŁUŻSZEJ trasy (125km/27h) walczą dwie ekipy Niezłej Korby.
Nr 37, Niezła Korba Baby (Marta Szewczuk, Joanna Walewska),
trasa Masters, kat. MIX.
Nr 72, Niezła Korba/Sherpas (Aleksander Tittenbrun, Marcin Klisz), trasa Masters, kat. MM.
Po pierwsze jest z kim rywalizować, bo na liście startowej są aż 43 ekipy! Na starcie stawili się też licznie Prawdziwi Napieracze (Dołęgiowscy, 3x Team 360, Navigatorzy, Konrad Wtulich z Kazigiem, Rudy z Czarnym z Nonstopu, Funexy). Będzie się działo, bo Olek z Marcinem też sa mocni i na pewno dadzą im popalić!
Etapy:
E1 - bieg na orientację - 12 km (mapa do BnO 1:15000)
E2 - rower (częściowo odc. jazdy liniowej) - 22 km
Strefa zmian A
E3 - kajaki (na jeziorze) - 11 km
Strefa zmian A
E4 - rolki - 10 km (4 pętle na krótkim odcinku, teren płaski, asflat b.dobry)
Strefa zmian A
E5 - rower - 10 km
Strefa zmian B
E6 - trekking - 27 km
Strefa zmian B
E7 - rower - 33 km (po tym etapie ZS2)
UWAGA: o kolejności wykonywania E3 i E4 decyduje sędzia.
Newsy:
Godzina 15:30
Ze strony team360.pl:
Napisał igor dnia 04/09/2010 15:17
Kiedy nie sprawdzić - nasi z przodu...
Siedzę spokojnie w domu, dzieci karmię. Aż tu nagle - telefon wibruje. Mirmił we własnej osobie złożył uprzejmy donos z trasy rajdu.
Ostatnio meldowałem, że prowadzi team 360° w osobach Marcina Krasuskiego z Piotrkiem Łobodzińskim. Teraz sytuacja jest identyczna o tyle, że nadal 360 na czele stawki. Ale tym razem w osobach Magdy Łączak i Pawła Dybka.
Flekmusy orientację skończyły nie tak bardzo znowu szybko; przypomnę, że tam najszybszy okazał się Marcin - co znowu żadną sensacją nie jest. potem wplanie był rower i kajaki, które liderzy własnie kończą. Na kajakch obok Magdy i Pawła cisnęli Nawigatorzy w składzie Paweł Moszkowicz/Sławek Łabuziński. Teraz mają ponoć kilka minut straty. Marcin i Piotr spadli na miejsce trzecie, zaś na czwartej pozycji - z kolejnymi kilkoma minutami w plecy - napierają Maciek Pońc z Michałem Kiełbasińskim. Pono Kiełbaska nieustająco motywuje za pomocą fal głosowych Maćka - tym bardziej, że na plecach mają jakieś 4-5 zespołów. Czyli - jest ciasno z przodu.
Mirmił dodał dwie rzeczy, ciekawe dość; otóż Flekmusy swoją przewagę kajakową zawdzięczają między innymi temu, że zabrali własne, kompozytowe wiosła. Reszta stawki morduje się na jakichś paździerzach sklejkowych - nie zazdroszę zbyt. Druga sprawa jest taka, że właśnie zaczęło w Bielsku (a właściwie nad Jeziorem Żywieckim padać) i nasz korespondent nie był pewien, czy w związku z tym odbędzie się etap rolkowy. Dowiemy się tego niebawem - bądźcie czujni!
Napisał igor dnia 04/09/2010 12:57
Marcin nie lubi lasu... bo szybko z niego ucieka. Oto komunikat gorący jak kartofel z prologu rajdu Hitec: "Marcin Krasusuki z Piotrkiem (Łobodzińskim) skończyli juz orientację i idą dalej na rower. Po nich narazie nikogo nie ma" - wyrzekł do słuchawki Mariusz Maryniak, który na miejscu zarządza zawodami - pod nieobecność Romana Trzmielewskiego.
Mariusz dodał ponadto, że zawodnicy z krótszej trasy już dawno pognali dalej (mieli krócej, jednakowoż) oraz że jego zziomy z Mielca - czyli Flekmusy - jednak wystartowały. Tyle teraz - ponoć ciąg dalszy ma się już objawić na stronie zawodów.
>>> Czyli najszybsi robili BnO prawie 3h! Wow!
Godzina 10:00
Niezłokorbowa ekipa dojechała na miejsce wczoraj i pakowała przepaki do 00:30. Ale ponoć się wyspali i jak dzwonili o 9 rano to już byli gotowi i czekali na start o 10:00. Zarzmurzenie z meteorologiczną dokładnościa Olek ocenił na 10/10. Rano było bardzo zimno - ponoć tylko 8 st. Nie zapowiada się nieprzyjemna chłodna noc na trasie, a świt będzie punktem krytycznym. Teraz ponoć przebija się słoneczko i może rusza tylko w krótkich rękawach i kamizelkach. Map jeszcze nie mają, ale szykują się na ostre łojenie pod górę. Pierwsze BnO to zajmie pewnie 2,5h. Kolejny rower 2h; kajak 1,5h; rolki 0h45; rower 1h; trek 7-9h... dalej nie liczę.
Tymczasem dzis startuje też Łucja z zawodach sportowych giełd papierów wartościowych z Europy środkowej i wchodniej. Łucja biegła o 9:50 na 800m, przed sobą ma jeszcze stafetę 4x400m i potem pływnie (kraul i żaba, 100m jeśli dobrze pamiętam).
Strona zawodów: http://budapest2010.bse.hu/
Newsy:
Godzina 15:26
Sms od Łucji (12:39):
I jeszcze brąz w kraulu. Marta srebro. Ja jej dupę skopałam w żabie :)
Godzina 11:44
Sms od Łucji:
Bieg srebro, sztafeta 4te, żaba brąz i jeszcze złota brak, zobaczymy czy w kraulu dam radę!
Brawo Łucja! Ooooognia!
Godzina 10:00
Łucja była druga w swoim finale biegu na 800m! Biegów finałowych jest w sumie TRZY - wygrywają dziewczyny z najlepszymi czasami. Na szczęście Łucja była druga w biegu z zeszłoroczna zwyciężczynią, więc jej czas może być dobry. Z ciekawostek Łucja biegła po raz pierwszy w życiu w kolach lekkoateltycznych z ErgoSklepu.
Napisał/a: Janek, 2010-09-04 10:15:01 komentarze (17) || skomentuj
Dzień 5. (czwartek)
Wreszcie ferrata! Twardziele (Olek, Janek, Łucja, Natka) podjechali 500 m na rowerach, reszta samochodem. Ferrata niezbyt trudna i niezbyt długa, wszyscy czuliśmy niedosyt... Poszliśmy szukać następnej, ale niestety po długim kręceniu się po krzakach nic nie znaleźliśmy. Za to dużo dalej natknęliśmy się na bajeczny park linowo-ferratowo-wspinowy, jednak dostępny tylko pod opieką Czyjąś Tam :( Zjazd ekipy rowerowej po asfalcie z ostrymi zakrętami zakończył się... podarciem kilku ubrań, a o reszcie obrażeń może nie będziemy pisać. Wszyscy żyją i mają się... w porządku ;)
Dzień 4. (środa) opisała Marta
Wieczorem postawiliśmy sobie ambitny cel, żeby wstać o 7:30 i wcześnie zacząć sportową aktywność. Wyszła jednak łóżkowa bierność, bo budzik nie został nastawiony... Jak już udało nam się zjeść śniadanie (ja serwowałam tosty francuskie - do wyboru wersja z oregano lub bardziej delikatna - z mlekiem, do tego jogurt, po którym jesteś fit), ruszyliśmy na rowery.
W planie było ok. 30 km - pierwszy etap z Salzkammergut Trophy 2010. W sumie 1150 m przewyższenia. Najpierw 850 m na 11 km, potem 7 km zjazdu, znów podjazd 300 m na 4 km i końcowy zjazd 10 km. Tyle suchych danych. A jak to wyglądało naprawdę?
Ubraliśmy się dość ciepło, bo nocny chłód nieco się przeciągnął. Jednak już przy początku pierwszego podjazdu zrobiło się całkiem ciepło - i nie chodzi tylko o słońce. Czekało nas dłuuugie wolne pedałowanie, które miło zaczęło się gładkim asfaltem. Ekipa przodująca (Janek z Olkiem, tuż za nimi dzielne Łucja i Natka) co jakiś czas zatrzymywała się i czekała na resztę (najpierw samotnie ja, potem Mania z dotrzymującym jej towarzystwa Arusem). Było ciężko, ale systematycznie. Ja po raz pierwszy w życiu mierzyłam się z górskim podjazdem, a w dodatku abstrakcyjne 11 km "pod górkę" przerażało mnie doszczętnie. Jednak przezwyciężywszy pierwsze zadyszki spokojnie pedałowałam patrząc tylko na metr przed siebie. Jedna noga, potem druga, jedna, druga, prawa, lewa. Powoli, ale do przodu.
Po jakimś czasie zaczęła się już bardziej wymagająca szutrowa nawierzchnia, co skutkowało ślizganiem się kół w niektórych miejscach. Pojawiło się też odcinkowe prowadzenie rowerów. Oczywiście twardziele z przodu podjeżdżali, jednak mniej doświadczeni cykliści (głównie cyklistki...) musieli pchać swój sprzęt i żałować, że tyle waży to cholerstwo! W jednym miejscu kamienie były tak duże, a podjazd tak stromy, że nawet twardziele zsiedli z rowerów. Choć pod górkę niemal wbiegli!
Im bliżej było szczytu, tym było ciężej. Coraz mniej wypłaszczeń, a stroma trasa nie rozpieszczała nawierzchnią - drobny i mokry żwir sprawiał, że koło kręciło się w miejscu albo nagle zmieniało swój tor, a jak się spadło z roweru, to ciężko było znów zacząć jechać. Dla mnie ten odcinek był najgorszy. Po kilku próbach jechania (bez pomocy Arsua nawet bym nie wystartowała) poddałam się i prowadziłam rower przez jakieś 300 m. Cały czas płakałam - to był poważny kryzys. Na górze znalazłam wesołe towarzystwo zajadające batony i ciasteczka - Niezłokorbowicze byli bardzo zadowoleni z wycieczki, która dla mnie była udręką. Do najwyższego punktu zostało jeszcze trochę - oczywiście pod górkę. Jednak chwila odpoczynku sprawiła, że się uspokoiłam i nabrałam nieco sił, więc choć z tyłu i powoli, to podjechałam wszystko do końca bez histerii.
Droga w dół była oczywiście szutrowa, dość szeroka, wijąca się raz w jedną, raz w drugą stronę. Tutaj chłopcy uczyli nas techniki zjazdu (pośladki za siodełkiem, odgięte kolano na zakręcie itd.). Mimo radości z lekkiej jazdy po wymęczonym podjeździe, hamulce były ciągle w użytku. Okazuje się, że nie wszyscy darzą zjazdy taką samą sympatią. Nasz peleton się nieco rozciągnął. Arus wciąż zamykał stawkę i szlachetnie rezygnował z dania upustu swojej energii (wszyscy wiedzą, jak Arusa potrafi nosić i jak często staje twarzą w twarz ze śmiercią lub chociaż trwałym kalectwem). Zjazd doprowadził nas w końcu do... podjazdu.
Ten wyglądał w perspektywie dużo przyjaźniej od poprzedniego ze względu na swoją długość. Cztery kilometry powinny szybko minąć. Ku naszemu zdziwieniu podjazd był dość łagodny i pedałowanie - choć żmudne - nie było taką udręką jak wcześniej. Końcówka była rzeczywiście ostrzejsza, ale mocno zaciśnięte zęby każdego cyklisty sprawiły, że po krótkim czasie znaleźliśmy się w punkcie NN (No Nareszcie) i dalej było już z górki. Jeszcze chwilię popatrzyliśmy na stado krów stojące tuż obok drogi i pomknęliśmy dalej. Ulubiony szuter (momentami tak stromy, że strach się bać) doprowadził do znanego nam już parkingu (dwa dni temu szukaliśmy tam ferraty). Tu nastąpił moment decyzji - kto chce, zjeżdża przyjemnym asfaltem szybko w dół, inni mogą wybrać mniej przyjemny szuter, ale wynagradzany jazdą przez tunele w skałach i podziwianiem widoków na Bad Goisern i okolice. Wszyscy wybrali opcję numer dwa. Dzielna ekipa. "Spoko szuter taki jak wcześniej" okazał się być wąską ścieżką, na której duże i mokre kamienie przyprawiały o zawrót głowy, a niemal pionowe spadki terenu tuż obok pogłębiały te zawroty. Technika jazdy była tu kluczowa, ręce bolały od potężnych wibracji i zaciskania hamulców, łydki były napięte do granic możliwości. Ja bardzo się bałam. Ten zjazd był potwornie ciężki psychicznie, ciągle wszystko w środku miałam napięte; sam stres. Jeden zdradliwy kamień i mogę leżeć kilkanaście metrów niżej tworząc miękkie lądowanie dla własnego roweru. Prowadzenie swojego pojazdu w dół byłoby chyba o wiele rozsądniejsze. Po jakimś czasie (stanowczo za długim) rzeczywiście tunele i widoki wynagrodziły nam uprzednią męczarnię. W końcu udało nam się dotrzeć do wymarzonego szutru i szybko (stosunkowo) pomknęliśmy na dół. Chwila asfaltu i znów pod górę - ale kres podróży był już w zasięgu... pedała.
Wygłodniali dotarliśmy wreszcie do naszego hotelu. Każdy z innym poziomem zmęczenia, w innym humorze, z innymi wrażeniami i refleksjami.
W sumie przejechaliśmy 41 km, cała wycieczka zajęła nam 6h49min, a samego pedałowania było 3h29min.
Dzień 3. (wtorek)
Bieganie! Pogoda nie sprzyjała - postanowiliśmy aktywnie przeczekać. Dziewczyny nieco wolniej, Janek z Olkiem dużo szybciej, ale wszyscy biegali tyle samo czasu. Góra, dół, góra, dół - było czuć łydki! I pot. A Arus pojechał po linę do Bad Ishl, ale nie znalazł...
Dzień 2. (poniedziałek)
W poszukiwaniu... ferraty. Weszliśmy na górę i znaleźliśmy koniec ferraty, ale niestety schodząc nie znaleźliśmy początku. Może nie byliśmy wystarczająco zmotywowani, plany nieco pokrzyżowała nam burza. Śliskie kamienie przekonały nas do szybkiego powrotu do domu.
Dzień 1. (niedziela)
Zaczynamy relację z niezłokorbowego wyjazdu do Bad Goisern w Austrii!
Niestety połączenie z internetem jest oddalone od domu o 10 km, dlatego nie gwarantujemy częstych updateów. Niemniej - może coś uda się wrzucić.
Dziś zrobiliśmy 37 km na rowerach, głównie po asfaltach i ładnych szutrach. Dobry dystans na rozgrzewkę, niezbyt dużo deniwelacji, a do tego piękne słońce i 25 stopni.
Olek
Napisał/a: Olek, 2010-08-15 20:15:31 komentarze (3) || skomentuj
Relacja on-sight - zespół EnKa
Przygoda, przygoda każdej chwili szkoda...
A jak ADVENTURE
Adventure dla nas rozpoczęło się już w piątek ok. 18:00 po przejechaniu mniej niż połowy trasy do Gorzowa Wielkopolskiego. Stało to się wraz z odholowaniem uszkodzonego samochodu do warsztatu w Koninie. Na szczęście w miarę szybko udało mi się zdobyć samochód zastępczy i wykonaliśmy szybki przepak bagażu i stelaża wraz z rowerami. W Gorzowie Wlkp. pojawiliśmy się ok. 2 w nocy tracąc kilkanaście minut na poszukiwanie bazy zawodów. Zaliczyliśmy pierwszy sukces byliśmy nareszcie w bazie, prawie po 12 godzinach podróży. Teraz był czas na zasłużony odpoczynek. Poranek zapowiadał, że dzień będzie upalny i słoneczny. To wzbudzało moje obiekcje jak poradzimy sobie z wysiłkiem fizycznym w takich warunkach – do dzisiaj pamiętam maraton sprzed pięciu laty w Toruniu, który przebiegłem w skrajnym upale. Czas do startu szybko upłynął na przygotowaniach sprzętu przerywany kilkunastoma telefonami w sprawie uszkodzonego auta.
R jak RACE
Na start znajdujący się na bulwarze nad Wartą dotarliśmy w momencie prezentacji zespołów. Potem szybka sesja fotograficzna i … rozglądanie się za miejscem z kawałkiem cienia w oczekiwaniu na start.
Start do biegu na orientację po mieście – rozpoczynamy biegiem jednakże z każdą minutą jest mi coraz cieplej. Punkt A łatwo namierzamy i od razu kierujemy się w kierunku E. Ostre podejście i jesteśmy na górze z platformą widokową. Nasze drogi krzyżują się 2 lub 3 ekipami. D podbijamy bez problemu i zdążamy do C – jak się okazało zamiast dolinki z łąką są tam teraz działki. Na szczęście niedaleko była droga asfaltowa, która doprowadziła nas do pkt C znajdującego się również na górce. Jeszcze tylko B i jesteśmy na mecie pierwszego etapu. Czas tak jak przypuszczałem nie najlepszy, gdyż 2/3 dystansu po prostu przeszliśmy. Zajęliśmy ex-equo 11 miejsce dziewczynami z „Byłe Niebyłe”. Według moich wyliczeń etap ten liczył ok. 5 km co później w rozmowie przyznał sam organizator.
Czas na rowery. Nogi sztywne trudno je rozruszać. Dopiero po kilku kilometrach poczułem, że „zatrybiło”. Adam przejął nawigację i nadaje tempo. Mijamy się systematycznie z kilkoma ekipami. Dojazd w pobliże punktu 2 jest oczywisty - asfaltem poprzez Czechów. Punkt ten znajdujemy bezbłędnie i bez specjalnego poszukiwania – to mocno podbudowało nas, bo według mnie był to chyba jeden z trudniejszych punktów do zlokalizowania z tej racji, że znajdował się w dość gęstym lesie na końcu jaru. Razem z nami na punkcie były jeszcze dwie ekipy. Tam nasze drogi rozeszły się, gdyż postanowiliśmy wrócić jarem do głównej drogi, aby dostać się inną drogą do Kolonii Czechowskiej i dalej poprzez Janczewo asfaltem dojechać do pkt 3 znajdującego się nad jeziorem w małym ośrodku wypoczynkowym.
Również tak jak Marta i Natka dotarliśmy do drogi przy, której był ustawiony znak zakazu poruszania się po wale zbiornika. Postanowiliśmy dalej nie iść tą drogą, gdyż lekko oddała się od naszego wyznaczonego punktu poruszania się. Weszliśmy na gęsto zarośniętą i pokrytą patykami drogę. Po kilkudziesięciu metrach mocno się zdziwiliśmy wychodząc wprost na ogrodzenie z siatki, za którym biegał głośno szczekający wilczur. Nie było innego wyjścia i zaczęliśmy przedzierać się przez krzewy wzdłuż płotu przy nieustającym szczekaniu tego przyjacielskiego psa, próbującego nas mocniej zmotywować. Długo to nie trwało i znaleźliśmy się na normalnej drodze. Jeszcze bardziej zdziwiłem się widząc ekipę (bodajże 52) jadącą z naprzeciwka – yes, yes, yes pomyślałem, że dobrą i pewną nawigacją trochę nadrobiliśmy.
Po drodze do bazy w pkt 3 zatrzymujemy się w sklepie celem uzupełnienia zapasów wody. Pani w sklepie mówi, że jest 35 C – nie wierzę. W przepaku dowiaduję się że jesteśmy na czwartym miejscu!!! Dwa razy pytam się dziewczyny z obsługi i słyszę to samo – cuda się zdarzają. Ośrodek jest ciekawie położony i przez chwilę mam ochotę tam pozostać i poleżeć w cieniu.
Teraz przed nami trekking. Ruszamy razem z dwoma zespołami „Byłe Niebyłe” i „Kargowa Team”. Mamy pierwsze zadanie – ogrodzenie (na wierzchu i w połowie wysokości drut kolczasty) z zamkniętą furtką. Znaleźliśmy jakąś dziurę i szczęśliwie bez skaleczeń rozpoczynamy dalszy marsz. Niedaleko czwórki spotykamy Martę i Natkę. Marta wiedzę nadaje tempo, skupiona, prze do przodu. Natka trzyma tempo. Nic dziwnego, bo jak okazuje się straciły trochę czasu na poszukiwaniu zagubionej karty kontrolnej.
Adam zaczyna odczuwać dolegliwości żołądkowe – szybko podana Smecta skutecznie działa. W lesie temperatura jest już bardziej sprzyjająca – ze zdumieniem spostrzegam, że w tym rejonie znajduje się całkiem sporo buków.
Kierujemy się na pkt 5 znajdujący się za leśną rzeczką i drogą asfaltową. Tereny za gajówką Młynów na mapie zaznaczone jako podmokłe teraz wysuszone przez słońce są łatwe do przejścia i szybko docieramy do niezbyt głębokiej rzeczki Santocznej. Szybki rzut oka na dno i wiem już, że lepiej nie próbować przechodzić przez nią ze względu na możliwy głęboki muł. Na szczęście w pobliżu znajdowało się kilka przewróconych drzew, po których można było przejść na druga stronę. Po sforsowaniu rzeczki wychodzimy dokładnie na drogę prowadzącą do pkt 5. W poszukiwaniu tego punktu tracimy kilkanaście minut – okazało się, że poszliśmy za daleko i teraz musimy przedzierać się bagiennym terenem porośniętym gęsto pokrzywami. Idziemy w kierunku małego jeziorka, z którego wypływa struga – teraz wyschnięta – na błocie odciśnięte są ślady różnych łapek i racic dzikich zwierząt. Wreszcie znajdujemy ten punkt – pięknie położny nad leśnym jeziorkiem. Powrót do głównej drogi odbywa się skokami z kępy na kępę, gdyż teren jest bagienny. Szybkie przejście do pkt 6, przeprawa przez most linowy i po kilkunastu minutach jesteśmy ponownie na przepaku. Adam w dobrej kondycji i świetnie nawiguje. Mamy szóste miejsce, z piątym zespołem przegrywamy tylko o 3 minuty.

Ponownie rower. Do pkt 8 wybieramy wariant szosowo – terenowy – chyba najszybszy i kosztujący mniej sił niż jazda drogami leśnymi. Punkt ten osiągamy wzrocowo, po prostu idealnie na niego wyjechaliśmy. Teraz do pokonania kilkanaście metrów pokrzyw i punkt zaliczony. Przy odjeździe z tego punktu mijamy „Byłe Niebyłe” i wiem, że już nie damy się wyprzedzić do mety.
Dojazd do drogi asfaltowej odbywa się w głębokim piasku – rowerem na moich wąskich oponach, co chwilę zarzuca. Pod koniec tej piaszczystej drogi nagle widzę jadący z naprzeciwka samochód. Diabli nadali akurat teraz. Zaczynam manewr zjazdu z drogi na pobocze jednakże zakopuje się w pisaku. Kątem oka widzę, że Adam też ma problemy a samochód nagle skręca i zatrzymuje się z boku drogi . O kxxxxxx – nerwy mnie poniosły. Patrzę dalej a tu wyskakuje na drogę chłopak z serwisu foto rajdu i robi Adamowi i mi zdjęcia. Teraz pisząc te słowa śmieję się z tego zdarzenia.
Przed nami długi odcinek asfaltowy powrotu do Gorzowa Wlkp. do galerii handlowej na zadanie specjalne – drabinkę alpinistyczną. Słońce już mocno zniżyło się i jazda stała się naprawdę przyjemna. Zadanie specjalne udaje sięgam zaliczyć, choć z małymi problemami. Kończąc to zadanie spostrzegłem, że dopiero teraz dojechała ekipa nr 52, która nad nami po drugim przepaku miała ok. 25 minut przewagi. Pierwsi wyjeżdżamy z galerii w stronę mety jednakże mała pomyłka w wyborze drogi i wiem, że nie wyprzedziliśmy „52”. Ostatecznie zajęliśmy w zawodach piąte miejsce.
Pokonanie całej trasy zajęło nam 9 godzin i 15 minut. W sumie wypiliśmy prawie 9 litrów wody i różnych napojów.
Do mety dotarliśmy w dobrej kondycji, zadowoleni z precyzyjnej nawigacji. Po tych zawodach wiem, że mamy spory zapas mocy, aby osiągać coraz lepsze wyniki. Dobra współpraca przy nawigacji i wspieranie się na etapach pieszych (ja Adama) i rowerach (Adam mnie) powinna przynieść efekty.
Na zakończenie – wygląda na to, że Enka to zespół składający się z najmłodszego i najstarszego zawodnika trasy Amator, który dotarł do mety.
P.S. ADVENTURE zakończyło się dla mnie w środę 07 lipca po przyprowadzeniu z Konina do Warszawy naprawionego już auta.
Zespół Enka w składzie:
Dariusz Parzyszek
Adam Parzyszek
Napisał/a: Janek, 2010-07-09 14:05:47 komentarze (1) || skomentuj
Oto i nasza relacja. Jak widzicie nawet po krótkiej trasie można mieć wiele do opowiedzenia:-) Miłego czytania!
Nasza trasa startuje dopiero o 12 w południe. Od rana miałyśmy mnóstwo czasu, a przygotowań niewiele, więc nad bulwar (czyli na miejsce startu) dojeżdżamy z bazy bez pośpiechu. Sesja zdjęciowa, kilka słów od organizatora, odliczanie i ruszamy! Mapę do biegu na orientację dostałyśmy na odprawie, więc kolejność zaliczania pk miamy ustaloną, przebiegi zaplanowane. Nie bierzemy ze sobą nic, bo w końcu to tylko 3 kilometry. Po mieście, łatwa orientacja... Co to dla nas? Naszej kolejności podbijania punktów nie wybrał chyba nikt. I dobrze – nie będziemy się nikim sugerować. Ku naszemu niezadowoleniu, przy większości z pięciu pk okazuje się, że niewinnie wyglądające na mapie pagórki są w rzeczywistości całkiem spore i naprawdę trzeba się wysilić, żeby je pokonać… Na podejściach przytomnie przechodzimy do marszu. Wszystko utrudnia dający się we znaki upał. Jest naprawdę gorąco i 3km zaczynają się trochę dłużyć. Przypomina mi się sen Marty, w którym, nie wiedzieć czemu, musiałyśmy przemieszczać się z dzieckiem w wózku i przez to nie mogłyśmy skończyć tego przeklętego bno… Na szczęście rzeczywistość wygląda inaczej i kończymy bez większych problemów (jedna zdradliwa ścieżka na działkach i wynikające z niej przejście przez płot), ale kiedy docieramy do rowerów, obie mamy wrażenie, że zajęło nam to zbyt dużo czasu - 3 km w 44 minuty! Jednak ruszając na następny etap dowiadujemy się, że jesteśmy 5 zespołem. Czyli wcale nie jest tak kiepsko, jak myślałyśmy! Jedziemy spokojnym tempem, świadome, że mamy spędzić na tym słońcu jeszcze kilka dobrych godzin. Trafienie na właściwą ścieżkę mamy bardzo ułatwione dzięki wskazówkom z odprawy, ale i tak, kiedy docieramy do lampionu, jesteśmy z siebie zadowolone.
Jedziemy dalej, przedzieramy się przez teren obstawiony licznymi znakami zakazu wstępu, wprowadzamy rowery na stromy wał (tego znaki zabraniały w szczególności) i po chwili lądujemy na oczekiwanym asfalcie. W mijanym sklepie spożywczym kupujemy lodowatą wodę. Wypijamy ją z wielką przyjemnością – płyny w camelu na moich plecach i w czarnym bidonie Marty nagrzewają się zdecydowanie zbyt szybko! Stopniowo nasza droga się pogarsza. Asfalt ma coraz więcej dziur i łat, w końcu znika zupełnie. Teraz przemieszczamy się drogą ziemną, po bokach mamy bardzo malownicze pola, ale w pobliżu nie rośnie ani jedno drzewo, a to oznacza zero cienia. Dobrze, że zostaje nam chociaż wietrzyk, który zresztą same sobie tworzymy. Do szybszej jazdy motywuje nas zbliżający się z każdym kolejnym metrem przepak i obiecująca linia lasu przed nami. Leśny odcinek szybko mija i wjeżdżamy na teren ośrodka, gdzie zlokalizowana jest nasza strefa zmian. Ja zupełnie o tym zapominam, ale Marta przytomnie pyta o naszą pozycję. Bardzo miła niespodzianka: nie sądziłam, że jakoś szczególnie na tym rowerze nadrobiłyśmy, a jesteśmy drugie!
Strefa zmian A. Przysiadamy na pieńkach, jemy po batonie (Natka się swoim zakleiła, a mój dał mi energrtycznego kopa), ja zmieniam buty i ruszamy na trekking. Na odchodnym słyszymy, że niezły piknik sobie urządziłyśmy, bo panowie przed nami spędzili tu tylko 2 minuty. Mamy do nich 14 min straty, jesteśmy drugie. Z uśmiechem na ustach ruszamy w trasę. Ja obawiałam się tego etapu, bo nigdy nie miałam z czymś takim do czynienia. Jeśli chodzi o środek transportu, to zdecydowanie wolę rower od moich nóg. To właśnie na rowerze czułam się pewnie, a trekking stał dla mnie pod znakiem zapytania. W dodatku cykorzyłam, że Natka będzie chciała biec, ale na szczęście obie uznałyśmy - choć żadna nie powiedziała tego na głos - że lepszy będzie szybki marsz bez zadychy, a nawet zdychy na koniec. Do czwartego punktu (pierwszego z treku) miała poprowadzić nas prooosta jak drut przecinka. I wiecie co? Poprowadziła nas! Jedynym problemem był żar lejący się z nieba... Nie dość, że gorąco, to jeszcze potwornie duszno - powietrze było gorące i nie było co wdychać! Przeszłyśmy już jakieś 5/6 trasy do punktu, kiedy Natka wydała z siebie niewybredny okrzyk, po czym zakomunikowała mi, że nasza karta kontrolna "gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzieee..." (Nigdy więcej nie zaufam sznurkowi organizatora!) Cóż było robić - bez zbędnego biadolenia zaczęłyśmy wracać. Bałyśmy się, że stracimy swoją drugą pozycję, więc z biciem serca przeczesywałyśmy wzrokiem trasę po każdym zakręcie sprawdzając, czy nikt nas nie goni. Kartę odnalazłyśmy po jakimś kilometrze, więc nie było tragedii. Chwilę po zmianie kierunku Natce zakręciło się w głowie od słońca i zrobiłyśmy przerwę w cieniu. Po niedługiej chwili Natka wstała i rzucając "dooobra, bez dramatyzowania" ruszyła dalej. Szybko i bez problemów dotarłyśmy do punktu umiejscowionym na terenie lekkawo podmokłym (tendencja podmokłości terenów, na których znajdowały się punkty, była wzrostowa, jak się później okazało). Do następnego punktu musiałyśmy znów wrócić już dobrze wydeptaną przez nas ścieżką. Po drodze minęłyśmy dzielnych Parzyszków, którzy wraz z innym męskim teamem posuwali się naprzód w mocno turystycznym tempie...
Trasa do piątego punktu była bardziej kręta, ale wcale nie bardziej wymagająca nawigacyjnie. W połowie drogi poczułam odciski na nogach. I co dziwne - na wewnętrznych stronach pięt, co nigdy jeszcze mi się nie przydarzyło. W końcu zrobiłyśmy krótką przerwę regeneracyjną (ja wsunęłam drugiego batona, Natka nic - taki układ utrzymał się do końca dnia). Ja pozaklejałam się plastrami, choć czułam, że wcale mi nie pomogą. Ruszyłyśmy dalej i przyszedł moment przeprawienia się przez rzeczkę. Mostu akurat - dość głupio - nie wybudowali tam, gdzie by nam pasował. Cóż było robić, wybrałyśmy miejsce, w którym woda wydawała się wzlgędnie czysta i postanowiłyśmy zmyć z siebie trochę potu. Natka nie chciała się bawić w zdejmowanie butów, ja jednak postanowiłam oszczędzić swoje obuwie i uderzyłam na bosaka. "Względnie czysta woda" okazała się bujdą, bo zapadłyśmy się w obrzydliwy czarny muł prawie po pas. (Ja mimo wszystko doceniłam naszą rzeczkę - jakkolwiek mulista by nie była, okazała się pierwszą i ostatnią chłodną rzeczą w ciągu rajdu) Po kilku okrzykach zdegustowania byłyśmy już na drugim brzegu z czarnymi nogami i mokrymi majtkami - bynajmniej nie z wrażenia... Po tej przeprawie niestety nie czekała na nas żadna ścieżka, więc idąc z przodu mówiłam co jakiś czas "trochę w prawo" lub "trochę w lewo" mając nadzieję, że Natka nie zabije mnie za to, że wylądowałyśmy w sąsiednim powiecie. Kiedy po przedarciu się przez krzaki wszelkiej maści dotarłyśmy na asfalt, okazało się, że znajdujemy się IDEALNIE na przeciwko ścieżki, która poprowadzić nas miała prosto do punktu! "Piątka" była miejscem wpadania strumyka do niewielkiego stawu schowanego gdzieś w gęstym lesie. Skręciłyśmy między drzewa raczej na chybił-trafił i... strzał w dziesiątkę! Mocząc nieco stopy w grząskim terenie szybko podbiłyśmy i wróciłyśmy na asfalt. Teraz czekała nas prosta droga na punkt szósty, czyli pierwsze zadanie specjalne.
Zadanie nie było skomplikowane - dwie liny przeciągnięte przez rzeczkę, z którą już miałyśmy okazję się zaznajomić... Po tym punkcie znów zmierzamy do strefy zmian, choć gorszym tempem niż na początku, bo słońce zdążyło nas mocno spowolnić. Natka wciąż źle się czuła, ja nieco lepiej (być może ratowała mnie czapka). Na ostatniej prostej decydujemy się ściąć trochę przez las, ale tym razem metoda "trochę w lewo, trochę w prawo" nie zadziałała idealnie. Na dobrą drogę zaprowadziły nas słyszane z daleka okrzyki dzieci z ośrodka, w którym była strefa zmian. Bardzo się nie pogubiłyśmy - straciłyśmy może 30 sekund.
W strefie zmian spędzamy 6 minut, do pierwszego zespołu mamy już godzinę straty, ale nadal jesteśmy drugie. Z ulgą przesiadamy się na rower. Do punktu ósmego prowadzi nas mało skomplikowana droga, w większości szlakiem. Brak wyzwań nawigacyjnych rekompensują wyzwania terenowe - niemal cała droga jest mocno piaszczysta i momentami pagórkowata, co powoduje mooocne spowolnienie naszego tempa i nadszarpnięcie siły w łydkach. Patrząc na mapę cieszymy się, że wracając z "ósemki" będziemy jechać jakąś większą drogą. Jednak gdy docieramy do tej "większej drogi" okazuje się, że musimy zsiąść z rowerów, bo nie dajemy rady jechać - taki był piach! W drodze na punkt zatrzymujemy się, bo zupełnie niespodziewanie kończy nam się ścieżka (Natka każde zatrzymanie wykorzystuje na położenie się na mapniku - w poradach na napieraj.pl było, żeby odpoczywać kiedy się da! No, bez przesady, tylko nie każde;-)). Patrzę na mapę, potem wskazuję na pokrzywy i mówię "Może tędy będzie jakieś przebicie..." - patrzymy, a tam punkt wisi na drzewie. Nieźle. Pozostaje nam już tylko prosta droga na punkt 9., czyli drugie zadanie specjalne - ale to już w środku miasta. Długo jeszcze musimy jechać piaszczystymi drogami, które stają się domeną tego etapu. W końcu wpadamy na nieco bardziej utwardzoną drogę, gdzie jednak rower Natki spotyka mała awaria - łańcuch zablokował się między zębatką a ramą. Udaje się pokonać problem i z dłońmi czarnymi od smaru ruszamy dalej. Raduje nas asfalt, który jednak daje nam ulgę na jakieś 500 metrów. Dalej znów droga między polami, ale jesteśmy całkiem dzielne. (W międzyczasie bardzo fajny, niedoceniony przez Martę, zjazd) Docieramy do centrum handlowego, gdzie czekają na nas 10-metrowe drabinki. Szybko załatwiamy sprawę i kierujemy się na metę.
Jakąś minutę przed celem orientujemy się (przytomny umysł Natki, choć po tym słońcu kto by się spodziewał), że nie podbiłyśmy karty na ZS2. Szybka decyzja - wracamy. Nie jest daleko. Tracimy jakieś 13 minut. Wpadamy na metę i... lecą do nas z szampanem, bo jesteśmy drugie! W dodatku odrobiłyśsmy trochę straty i przyjechałyśmy 37 min po pierwszym zespole. Bierzemy szampan z Biedronki, a następnie zmęczone i podrapane udajemy się do zajęć wieczornych...
To miłe uczucie, kiedy we dwie baby przegania się tylu facetów :)
Rajdowały i relacjonowały: Marta i Natka.
Napisał/a: natka, 2010-07-08 02:43:23 komentarze (5) || skomentuj
Pomaganie ma sens! - relacja Marty z akcji pod Tarnobrzegiem
W ramach akcji niezłokorbowej POMOC DLA POWODZIAN-BIEGACZE DLA POWODZIAN, koordynowanej przez Martę Szewczuk, Marta i Arus udali się na rekonesans do bazy harcerskiej pod Tarnobrzegiem. Był to już drugi etap akcji pomocy dla POWODZIAN. Pierwszym była zbiórka darów organizowana wspólnie z Centrum Biegowym ERGO. Dary trafiły do Rogowa k/Wilkowa.
zob.
ZDJĘCIA Z 3. DNIA
ZDJĘCIA Z 1. DNIA
Oto impresje Marty z dnia trzeciego z akcji pomocowej w okolicach Tarnobrzega.
Dziś znów o 9:00 byliśmy gotowi do wymarszu. Pogoda niezbyt korzystna - chwilę przed dziewiątą zaczęło lać, ale przestało padać, jak już dojechaliśmy na miejsce, więc przeszkodą było tylko błoto. Byliśmy we czwórkę - ja z Arusem, Globus i pan Edek, który zgłosił się do pomocy. Dziś rano zjawiliśmy się znów u Bina (tak ma na imię Wietnamczyk, u
którego byliśmy w sobotę, wcześniej błędnie zapisałam jego imię jako "Bi") i jego żony. Wynosiliśmy mnóstwo sprzętów, drewna, strasznie ciężkich drzwi, mebli, ubrań. Arus zrobił imponującą ilość kursów z taczką do stojących przy drodze kontenerów.
Okazało się, że pan Bin jest z zamiłowania elektronikiem i naprawia przeróżne sprzęty, jakie sąsiedzi mu przynoszą. W efekcie powódź zalała jakieś 15 telewizorów, z 5 komputerów i inne tego typu rzeczy.. Ilość kineskopów, jakie wrzuciliśmy dziś do kontenerów, przerosła nasze wyobrażenia o tego typu hobby! Zapełniliśmy dwa duże kontenery. Podczas wynoszenia rzeczy spod niewielkiej wiaty na podwórku poczuliśmy niesamowity odór. Później okazało się, że to zapach kilkunastu paczek makaronu rozpuszczonego w popowodziowym mule.. Smród był obrzydliwy, ledwo mogliśmy to powrzucać na taczkę, a potem do kontenera. Pan Bin na końcu swojej działki ma całkiem pokaźny składzik wszelkiego sprzętu elektronicznego i innego niesamowicie potrzebnego oprzyrządowania do Nie Wiadomo Czego, które zalegało tam zapewne od lat. Dopiero powódź okazała się dobrą sposobnością do pozbycia się wszystkich tych gratów! Więc woziliśmy na taczkach małe i duże kineskopy (największy miał chyba ze 40 cali!) i wyrzucaliśmy to wszystko bez żalu, jednak z bólem kręgosłupa. Na szczęście nie moralnego. Pan Bin i pani Maria jak zwykle zmusili nas do przerwy - częstowali chlebem, konserwą turystyczną, serkami topionymi, herbatnikami, kawą, herbatą, wodą... Wszystko do dostają z banku żywności i mają tego trochę za dużo, więc nie dziwne, że prawie wkładali nam jedzenie do ust! Około trzynastej pan Bin powiedział, że to już koniec pracy na dziś. Nie rozumieliśmy, o co chodzi, bo widzieliśmy jak wiele jeszcze roboty przed nimi. Jednak małżeństwo martwiło się, że jesteśmy zmęczeni.
Jednak my z Arusem mieliśmy jeszcze dużo energii i wcale nie chcieliśmy się zatrzymywać! Pan Edek spocony opadł na krzesło i podziwiał naszą pracowitość ("Nie miałem pojęcia, że oni tacy pracowici! I jeszcze z tak daleka przyjechali, żeby pomagać, niesamowite!"), a my zrobiliśmy jeszcze kilka kursów z taczką, zanim pan Bin ostatecznie zagrodził nam drogę ;) Pożegnaliśmy się z nimi z wielkim żalem - już nie będziemy mogli im pomóc, ale chcielibyśmy kiedyś ich odwiedzić! Powiedzieli, że chcą tam zostać, adres znamy! Zrobiliśmy też sobie z nimi pamiątkowe zdjęcie. No i nie udało nam się nie zabrać paczuszki "na drogę" od pani Marii - chce ktoś może turystyczną?
Zanim zacznę dalszą część sprawozdania - czas na dygresję. Do tej pory wszystkie tereny, na których pomagaliśmy, nazywałam przytarnobrzeskimi wsiami i okolicami Tarnobrzega. W rzeczywistości jednak są to wiejskie DZIELNICE Tarnobrzega. Choć każdą z nich dowodzi jeden człowiek, to wszystkie te miejsca należą do Tarnobrzega. Kiedyś były to niepodległe
wsie, jednak teraz stanowią całość. Dzięki temu Tarnobrzeg jest jednym z największych miast w swoim regionie. Jedną z przyczyn przyłączenia tych wszystkich terenów do miasta było wypełnienie warunku odnotowania co najmniej 50 tys. mieszkańców, aby Tarnobrzegiem mógł rządzić prezydent, a nie burmistrz. Mimo zmian administracyjnych, większość mieszkańców wiejskich dzielnic cały czas mówi "Jestem z Sobowa/Wielowsi/Sokolników", a nie "Jestem z Tarnobrzega".
Dobrze, kontynuuję relację.. Zadzwoniliśmy po naszego szofera i pojechaliśmy dalej pomagać. Tym razem do dzielnicy Wielowieś, która w większości stoi jeszcze w wodzie. Dostaliśmy namiar na gospodarstwo, gdzie starszy mężczyzna sam nie radzi sobie z wyrzuceniem wszystkiego z domu. Nie ma się czemu dziwić - zalało mu WSZYSTKO. Ani jedno pomieszczenie nie ocalało. Zginęły wszystkie zwierzęta (m.in. mnóstwo kur i ok. 25 królików), które cały czas leżą w stodole i gniją, bo nie ma się kto nimi zająć (nie można ich zakopywać na własną rękę).
Aby dostać się do domu tego pana, musiał nam pożyczyć swoich woderów, w których przeprawiliśmy się przez zalaną ścieżkę. Sam dom stał teraz na małej wysepce, więc tam nie musieliśmy brodzić w wodzie. Do opróżnienia mieliśmy graciarnię. Jeszcze gorzej niż u pana Bina. Stosy niepotrzebnych rzeczy zbierane przez starsze małżeństwo - znacie to? Wasi dziadkowie też to robią? Pewnie sami to robicie. Oni tez nie przeczuwali zagrożenia. Składowali w tym pomieszczeniu meble, naczynia, przeróżne sprzęty, ubrania, zabawki, czasopisma, które zalegając tam od lat zdążyły w niektórych miejscach zapleśnieć. Myśleliśmy, że zapach sobotniego zboża był nie do zniesienia.
Potem trafiliśmy na potworny odór u pana Bina. Ale tu.. tu było chyba najgorzej. Pewnie zrobią mi się niezłe zmarszczki, bo przez cały czas wyrzucania tych gratów przez okno miałam skrzywioną minę. Smród był tak potworny, że płakać się chciało. Naprawdę. Nie raz łzy napływały mi do oczu, nie raz musiałam szybko wybiec z pomieszczenia, bo miałam wrażenie, że odór jest w każdym kawałku mojego ciała. Przebywanie tam to jak przebywanie w pokoju po imprezie, gdzie smród alkoholu miesza się ze smrodem wymiotów dziesięciu osób i dołożyć do tego można jeszcze kilka rozkładających się zwierząt. Nie przesadzam. Nie życzę nikomu przebywania w takiej atmosferze. Uwijałam się z robotą, żeby
jak najszybciej to skończyć. Mężczyźni wymiękali...
Obrzydliwy zapach o mieszanina popowodziowego mułu z wodą, która przepłukała znajdujący się tuż koło domu cmentarz. Wyobrażacie sobie?! Wszystkie wasze rzeczy, dosłownie WSZYSTKIE śmierdzą wymytym z cmentarza fetorem i zgniłą roślinnością oraz padniętą zwierzyną... Koszmar! Co jakieś czas z jakieś rzeczy wylewała się woda. Prosto na mnie. Wszystko było w błocie. Całe to błoto na nas. Mnie już zaczynało wszystko swędzieć, miałam nadzieję, że nie nabawię się żadnej choroby skóry. Wyrzucaliśmy przez okno naczynia, które rozbijały się upadając na stos desek. Wyrzucaliśmy szare od mułu pluszaki, które przesiąknięte wodą były potwornie ciężkie. Tak samo ubrania. Pan Edek wyrzucał wszystko łopatą. Buty, garnki, zabawki.. Straszny widok! Wyrzucaliśmy łopatą czyjeś życie przez okno! W końcu udało się opróżnić całe pomieszczenie. Wybiegłam szybko na dwór, żeby móc normalnie oddychać.
W czasie, kiedy my zajmowaliśmy się wiosennymi porządkami, Arus poszedł na zwiad. Przeszedł się wzdłuż ulicy, żeby sprawdzić, komu jeszcze przyda się pomoc. Efekty były opłakane. Pomoc przyda się tam KAŻDEMU! Co prawda niektórzy ludzie nie mogą wynosić jeszcze ze swoich domów żadnych sprzętów, bo wciąż jest zbyt wysoki poziom wody, ale jest mnóstwo gospodarstw, w których woda już opadła i brakuje rąk do pracy!! Są to rodziny ze starszymi osobami, które nie są w stanie same radzić sobie ze skutkami powodzi. Zresztą, jak już pisałam, widząc ogrom pracy do wykonania człowiek czuje taką bezsilność i taki bezsens, że tylko siada i płacze.. Dlatego tym ludziom na razie nie są potrzebne żadne ubrania, żadne pościele, żadne zabawki i meble. Na razie potrzeba LUDZI!!!
Z wielkim żalem stamtąd odjeżdżaliśmy, bo choć sporo pomogliśmy (bez nas nie byłoby prawie nikogo...), to wiemy, jak ciężkie zmagania jeszcze przed mieszkańcami zalanych terenów. Zadziwiająca jest ludzka obojętność.. Wolontariat zorganizowany w Tarnobrzegu nie może znaleźć na swoich terenach osób chętnych do pomocy!! Ludzie nie chcą pomagać "swoim"!! Wiemy, że teraz gorący okres - sesje, koniec roku szkolnego, ludzie pracują.. Ale mimo wszystko trzeba z całego serca namawiać ludzi do pomocy i kontynuować akcję! Ręce do pracy jeszcze długo będą potrzebne! A pojechanie nawet na 2 dni ma sens!!
Wracamy z Tomaszem z żalem i refleksją. Każdemu życzymy takich przeżyć, bo to bardzo wartościowe. Może odbierzecie to jako zbytni patos, ale kurczę... My już wracamy do ciepłych domów, a ci ludzie zostają tam siedząc na pękniętych kubełkach umorusani obrzydliwym mulem i... płaczą.
MOBILIZUJECIE SIĘ!! TO NIE KONIEC!!
Pozdrawiamy,
Marta i Tomek
Napisał/a: Maciej, 2010-06-16 17:17:31 komentarze (7) || skomentuj


postami.






