Logo Niezła Korba

Na skróty

2010-07-09
Relacja on-sight - zespół EnKa
komentarzy: 1

2010-07-08
On-sight: w samo południe
komentarzy: 5

2010-06-16
Pomaganie ma sens! - relacja Marty z akcji pod Tarnobrzegiem
komentarzy: 7

Nakarm RSS postami.

Ostatnie komentarze

2010-07-09 20:16
aka:
Brawa dla Enka (czyli NK :) w wydaniu "ekstremalnym"! Bo jak sami napisaliście lokujecie się na dw...

2010-07-08 23:04
aka:
No, dziewczyny, super Wam poszło. Widać, że miałyście zapas :)...

2010-07-08 11:43
Janek:
"To miłe uczucie, kiedy we dwie baby przegania się tylu facetów :)" Super dziewczyny! Jesteśmy z ...

2010-07-08 11:30
waleśka:
Relację czyta się super! Jakby się było tam z Wami. Gratuluję drugiego miejsca raz jeszcze!! :D...

2010-07-08 11:23
Natka:
Nic nie trzeba dopisywać - wystarczy, że przekonałam się,że trzeba ją ze sobą zabierać;-)...

Nakarm RSS komentarzami.

Polecamy: rAId - Alternatywna Inicjatywa

rAId - Alternatywna Inicjatywa

DYMNO

Maciej o DYMNIE (przed startem).

Zbliża się...

XII DŁUGODYSTANSOWY RAJD na ORIENTACJĘ
DYMnO 2010

Nieporęt, 28-30 maja 2010 r.


Co mamy do wyboru?

- Marsz/Bieg na Orientację (mno/bno) - 50 km w 12 godzin
- Jazda Rowerowa na Orientację (rjno) – 100 km w 12 godzin
- Ekstremalny Rajd na Orientację (erno)
(marszobieg + trasa rowerowa + trasa kajakowa + zadanie specjalne + odcinek
specjalny) – 110 km w 18 godzin.

Jak zdrowie pozwoli, bo coś słabuję, to wystartuję na 50 km MnO/BnO. Jestem już zapisany.
Z tego co wiem to Jacek Bojarowski napiera. Janek Goleń ze sklepu też. No i Ula z Sherpas z partnerem na trasie extremalnej oraz Marcin z Sherpas z partnerem też na erno.

Napisał/a: Maciej, 2010-05-26 22:03:34 komentarze (10) || skomentuj

Maciej o WaypointRace 2010

Sobota rano. Świeci słońce. Temperatura na krótki rękawek.
Pakuję się w pośpiechu i jadę się zapisać na WaypointRace do Pruszkowa.
Dawno nie startowałem na rowerze. A na rowerze solo z mapą - nigdy...
Będzie się więc działo ;-)

Parkuję niedaleko punktu rejestracji. Jestem już ubrany. Jedynie zmieniam buty, pompuję koła do 4ATM i wio.

Mała kolejka posuwa się raźno. Z rejestracją zero problemu (choć na stronie orga był komunikat, że zapisy zamknięte. W zanadrzu miałem jednak „koło ratunkowe” w postaci zapisanego Arusa, który zrezygnował). Rejestracja idzie sprawnie, zapisują mnie na PRO i nie stawiają żadnych pytań. Nie ma też żadnego wpisowego.

Niezła KorbaRozglądam się i widzę znajome twarze: Jacek Bojarowski, Michał, jego kolega, Dariusz Parzyszek, Ula i Marcin z Sherpas, Konrad Wtulich, Łucja i Marta i Iza.

Nie wdaję się w jednak w rozmowy. Muszę przecież jeszcze zadbać o picie. Przypinam więc numer i jadę kupić Powerade (w Camel mam tylko wodę, bo ISO zostało w sklepie). Udaje mi się to na pobliskiej stacji Shella.

Wracam i zaraz jest wyjazd grupowy na miejsce startu koło toru kolarskiego jakieś 2 km dalej. Po drodze gadam z Ulą i Marcinem i Jackiem. Ula będzie bronić tytułu sprzed roku (i 2ch). Niezła jest, co ?

Na starcie rozdają szybko mapy i zaraz potem następuje start. Wszyscy powoli ruszają. Ruszam i ja nie oglądając się specjalnie na innych i nie tworząc rajdowych sojuszy. Moim celem jest zaliczyć jak największą liczbę PK w limicie czasu nawigując samodzielnie.

Mój pierwszy cel to PK 2 (Komorów, skrzyżowanie ścieżek) na południe od Pruszkowa. Ten jest najbliżej. Choć miałem nawigować sam, to gmatwanina ulic trochę onieśmiela. Jadę więc za kimś kto wygląda pewnie. Widzę też innych zmierzających w tym samym kierunku. Myślę więc, że będzie dobrze i że zyskam na czyjejś znajomości terenu na tym pierwszym punkcie. Niestety, jak docieramy w pobliże PK 2 to widzę u przewodników konsternację. Ponieważ odpuściłem nawigację, nie wiem gdzie dokładnie jestem względem PK. Trochę kręcę się i nasłuchuję / wypatruję tego PK. W końcu się udaje. Podbijam punkt i jadę w kierunku następnego -PK 3. Z nawigacją ciągle nie idzie mi dobrze. Robię błąd, za wcześnie skręcam i zamiast na PK 3 ponownie znajduje się w okolicy PK2. Tu, z pomocą poznanego zawodnika, dochodzimy wreszcie do ładu z mapą i mocząc nogi na łące i w brodzie koło Popówka docieramy wreszcie na PK3 (Natalin-wiata turystyczna na polanie). Tam nasze drogi się rozchodzą. Ja, trochę mocniejszy, wyruszam w dalszą trasę sam zgodnie z pierwotnym planem. Odtąd nawiguję już poprawnie. Kolejne punkty wchodzą bez większego bólu:
- PK6 (Zółwin, róg ogrodzenia po wschodniej stronie strumienia; tu musiałem jedynie zmienić punkt ataku),
- PK 5 (Stara Wieś, ruiny gospodarstwa; w jego okolicy spotkałem Łucję (jadąca w przeciwnym kierunku), Jacka (też) i Darka (na punkcie). Dla Darka to 4y punkt. Mój też. Mało. Nie gadam więc z Darkiem wcale (przepraszam Darku) i pospiesznie się oddalam.

- Z PK 5 jadę na PK 4 (Olesin, ambona myśliwska) przez Rusiec. Uważnie śledzę mapę i trafiam w punkt (dobrze ukryty w lesie). Końcówka wymagała pewnej intuicji. Tym razem mnie nie zawiodła. Oby tak dalej, myślę.

- Z PK 4 długi przelot na PK 7 (Ojrzanów, północna część wyrobiska piachu). Ponownie, końcówka czujnie i … bingo.

Od tego momentu zaczynam się obawiać deszczu (od pewnego czasu zachmurzyło się i grzmi). A ranek wcale nie zapowiadał zmiany pogody (prognozy jednak tak; przypominam sobie, że mówiono o 50% prawdopodobieństwie wystąpienia opadów). Czy mnie zmoczy ?

- Z PK 7 jadę na PK 8 (Grzegorzewice, róg lasu). To jeszcze dłuższy przelot. Częściowo robię go szutrówkami i polnymi drogami, a częściowo asfaltem. Dojeżdżam do Grzegorzewic. Tu trochę błądzę zanim odkrywam gdzie zaczyna się zielony szlak, który ma mi pomóc w trafieniu na PK. Tuż przed skrętem na szlak znajduję, WRESZCIE, otwarty sklep. Uzupełniam zapasy picia (które już dawno mi się skończyło) i jedzenia. Zapasy jedzenia miałem zresztą skromne=1 banan. Przyznam tu, że liczyłem, iż na trasie będzie tyle okazji do zakupów (to sobota była przecież i wiosek całe mnóstwo), że do zaprowiantowania nie przykładałem większej wagi. Jak się okazało był to błąd. Nie pierwszy i nie ostatni. Robię więc mentalną notatkę (bierz odpowiednio dużo picia i jedzenia) i po napełnianiu brzucha jadę dalej. Czuję przyrost energii.

- Z PK 8 trasa wiedzie na PK 9 (Grzymek, koniec wału, przy strumieniu). Po drodze kolejny raz moczę nogi na podmokłej przecince w lesie, powtarzając sobie Jankowe „Adventure, Adventure”. Pomyśleć, że kiedyś szukałbym obejścia aby za wszelką cenę dotrzeć na metę suchą nogą. Cóż, kto z kim przystaje, takim się staje, prawda …?
Na PK 9 zaczynam wchodzić nie bez błędu, który jednak szybko wychwytuję i koryguję. Nie ma to jak dokładne śledzenie niuansów mapy. Brawo, Maciej !

- Z PK 9 jadę na ostatni mój punkt, czyli PK 10 (Adamowizna, Pd-zach brzeg stawu). Nieźle mi idzie ten przelot. Końcówka ponownie bardzo czujnie i… po małych poszukiwaniach (wrrr) znajduję lampion. Czuję satysfakcję. Dałem ponownie radę.

W tym momencie wiem, że nie zrobię wszystkich PK, że zostaną mi 3y -1,11 i 12. Liczę jednak trochę, że może zdążę przed zamknięciem mety. Czy słusznie?

Wybieram trochę okrężny wariant powrotu asfaltem (licząc, że będzie szybszy) i przez Mościska i Kałęczyn drogą 579 docieram do Grodziska. Tu skręt na Pruszków. W Milanówku jednak zatrzymuje mnie oberwanie chmury (stoję pod drzewem 15 min aż przestanie padać; nie wziąłem ze sobą żadnej kurtki, jedynie rękawki – miało przecież być ładnie do końca ) . Wiem już, że na metę nie zdążę. Nie specjalnie mi żal. No cóż, nie tym razem, to może innym, myślę ?

Do Pruszkowa, na metę, docieram ok. 17.30 przejechawszy ok. 115 km ze średnią 19 km/h. To było 6 h samego pedałowania.

Na mecie widzę Ulę i Marcina. Składam im gratulacje (Ula jest ponownie 1a), myję rower i niespiesznie oddalam się do samochodu. Jadąc, zastanawiam się w co się przebrać. Mam mokre majtki i semi suchą koszulkę. Zastanawianie trwa krótko. Nie mam w aucie nic na zmianę oprócz suchych Salomonów. No cóż, dam jakoś radę. Daleko przecież nie jest.

W domu jestem ok. 18.30. Prysznic, kanapka i siadam do analizy mapy.
Chcę wyciągnąć wnioski na przyszłość. Oto one (in random order):

- nie liczyć na sklepy po drodze – brać wystarczająco dużo picia i jedzenia (brak picia i jedzenia = wolniejsza jazda=szybsze zmęczenie),
- nie liczyć, że pogoda się utrzyma, jak prognoza mówi, że na 50% będzie deszcz; brać kurtkę,
- nawigować samemu od początku (zawsze trzeba wiedzieć precyzyjnie gdzie się jest),
- brać narzędzia itp. (ja miałem, ale koleś na trasie nie miał i wracał pieszo z zerwanym łańcuchem),
- starać się szukać jak najkrótszej trasy przelotu; niektóre moje warianty mogłyby być lepsze=krótsze=szybsze,
- dobrze się najeść (makaron) rano, aby paliwa starczyło na dłużej,
- najeść się magnezu przed i jeść /pić go w trakcie (niestety, tego nie zrobiłem i łapały mnie skurcze); boli do dzisiaj.
- posmarować się od słońca (ręce trochę mi się opaliły).
- mieć telefon/dokumenty w worku foliowym (na wypadek deszczu); ja taki woreczek zdobyłem w sklepie spożywczym (pomysłowy ze mnie gość),
-brać rzeczy do przebrania, nie liczyć, że nie będą potrzebne.
-mapa w skali 1:75000 wymaga uważnego studiowania; rozdzielczość jest „taka sobie” i niuanse mogą uciekać.


W sumie ze swojego startu jestem zadowolony. Świadczy o tym chęć do kolejnych startów i zmagań z terenem, mapą i sobą.

Pozdr..
M.
fot. Michał Gawryszewski

Napisał/a: Maciej, 2010-05-24 19:55:06 komentarze (6) || skomentuj

Grzegorz Łuczko o AT

Grzegorz opisał w 3 częściach swój start. Jak ma w zwyczaju, opisuje i dzieli się przemyśleniami. To u niego lubię.

Poniżej wybrałem kilka fragmentów.

Warto jednak przeczytać całość.

chcę ukończyć te zawody… Nie interesuje mnie nic więcej. Kilka razy przejechałem się już na zbyt wielkich oczekiwaniach i od tamtej pory zmieniłem podejście. O dziwo, brak oczekiwań (nie chodzi mi o zupełny brak oczekiwań, bo te jednak zawsze są obecne, chęć ukończenia jest takowym, ale to jest zdrowe oczekiwanie) poskutkował poprawą osiąganych przeze mnie wyników. Okazało się, że im mniej się napinam na dany start, tym lepiej mi idzie. W przypadku AT zdawałem sobie sprawę, że w gruncie rzeczy wszystko zależy od dyspozycji najsłabszego członka zespołu w danym momencie, to było jasne, że każdy z nas prędzej czy później doświadczy swojego kryzysu. Moja forma, moja moc, to wszystko tak naprawdę było sprawą drugorzędną, wtórną wobec mojej postawy wobec reszty zespołu. Nie indywidualna siła lecz zespołowa współpraca, to powinno być kluczem do sukcesu na tego typu rajdzie…

Poruszając się w czwórkę musieliśmy brać pod uwagę tempo najwolniejszej osoby w zespole. Nie zawsze było to łatwe. Zmęczenie, senność, złość, frustracja, rozczarowanie, gniew, poczucie bezsensu, te wszystkie emocje, których doświadczaliśmy nie ułatwiały nam sprawy. Nie zawsze łatwym jest zdusić w sobie indywidualistyczne podejście, chęć wyrwania do przodu, swoją własną ambicję. Nawet jeśli widzimy, że partner z zespołu niedomaga. Start na AT nauczył mnie bardzo wiele jeśli chodzi o współpracę w teamie. I pod tym względem to były najtrudniejsze zawody na jakich brałem udział - nie będę opisywał wszystkich tarć i sprzeczek pomiędzy nami - to nasza prywatna sprawa, ale chciałbym zaznaczyć, że rajdowanie na długiej trasie w zespole czteroosobowym to nie tylko wyzwanie, które polega na pokonaniu przerażającego dystansu, ale to również wcale nie mniejszy problem z utrzymaniem dobrych relacji w zespole i byciu jednym teamem przez cały okres trwania zawodów.

To był ten moment, w którym powinniśmy Uli zapewnić wsparcie, ten moment, w którym powinniśmy być blisko jako team. Nie wiem czy nam się to udało. Choć formalnie na trasie stanowimy zespół, to każdy toczy indywidualną grę z samym sobą. Nie zawsze da się być blisko i być wsparciem dla drugiej osoby. To trudna sztuka, trudniejsza niż zbudowanie świetnej formy fizycznej…

Na całej trasie mieliśmy ich 52 - karta startowa była naprawdę sporych rozmiarów! Z początku te wszystkie punkty, kilometry i godziny przerażają. Osiągnięcie mety wydaje się być czymś nierealnym, tak dalekim, że aż niemożliwym. I tak jak czasem dobrze mieć przed sobą obraz całości, szerszą perspektywę, tak w tej sytuacji najlepiej jest się po prostu skupić na kolejnym punkcie kontrolnym, na kolejnym zakręcie, końcu drogi. Przyjąłem tę perspektywę już jakiś czas temu i rajduje mi się dzięki temu o wiele łatwiej.

Wydaje mi się, że nie chodzi o to, żeby wyeliminować zupełnie nieporozumienia w zespole - te pojawią się prędzej czy później, ale o nasz stosunek do nich, trzeba pamiętać, że wszyscy mamy ten sam cel i nikt nie działa na złość drugiej osobie. Cel jest ten sam, ale czasem różnić się mogą koncepcje na jego realizację. Nie sposób tego uniknąć.

Kolejne wspomnienie to przebudzenie - ktoś wymawia moje imię, w pierwszej chwili nie wiem gdzie jestem i co się ze mną dzieje.

Szybko jednak orientuję się gdzie jestem i po co tu jestem… oprócz tego, z przerażeniem stwierdzam, że wypadła mi prawa soczewka z oka! Z tego oka, które ma większą wadę, pięknie! Nie mogę jednak z tym nic zrobić - widzieć widzę, mało komfortowo, ale widzę.

Punkt przy kapliczce znajdujemy bez problemów (później jesteśmy mocno zdziwieni, gdy okaże się, że team 360 nie odnalazł tego PK! Nawet najlepsi popełniają proste błędy! Trzeba o tym zawsze pamiętać i nigdy nie tracić nadziei - my co prawda nie walczyliśmy już z nikim, ale to cenna lekcja na przyszłość).

W ciągu kolejnych godzin wyłączam się. Ula z Maćkiem nawigują na tym trudnym odcinku BnO, a ja po prostu maszeruję za nimi. Nie jestem jakoś szczególnie zmęczony czy senny, ale mocno “przymulony”, a gdy widzę, że ktoś inny przejmuje inicjatywę, nie mam oporów przed bezpiecznym wycofaniem się.

A ta została na przepaku! 8 kilometrów stąd! Po treku Maciek rzucił kartę przy moim kasku rowerowym, ale nie powiedział mi, żebym się nią zaopiekował - a później ktoś wrzucił ją do skrzyni, zniknęła nam z oczu, a my nie podejrzewając niczego ruszyliśmy jak gdyby nigdy nic na ostatni etap. Idiotyczna sytuacja, prosty błąd. Ale o dziwo, nie ma nerwów - oczywiście jest złość, ale każdy radzi sobie z nią sam ze sobą, schodzi z nas trochę powietrze, ale w obliczu tej kryzysowej sytuacji nie pozwalamy sobie stracić nerwów.

Maciek po prostu wraca się po kartę, a my nieco rozbici czekamy na niego na małej polance

Napisał/a: Maciej, 2010-05-18 00:19:40 komentarze (4) || skomentuj

Timex Rajd 360 w Jeleniej Górze

Witajcie,

Jak wiecie, zapewne, Janek i Olek już zapisani, już startują.
To na razie jedyni przedstawiciele NK na tych zawodach.
Czy zostawimy ich samych ?

Ja przyznam, że też bym chciał wystartować w tym rajdzie. Czy ktoś może z szanownych czytelników, też ma podobne pragnienie, a nie ma pary?

Trasa krótka to ok. 160 km
bieg na orientację / adventure running - 49 km
rowery górskie - 87 km
kajaki - 20 km
rolki - 7 km
zadania specjalne: zadania linowe, penetracja jaskini, wspinaczka skalna, przeprawa przez rzekę.

Piątek (4 czerwca 2010)
14.00 - odprawa techniczna (trasa krótka)
15.00-16.00 - zdawanie przepaków (trasa krótka)
16.15 - wyjście z bazy na start zawodów (Rynek w Jeleniej Górze)
16.30 - sesja fotograficzna
17.00 - start Rajdu (trasa krótka)

Sobota (5 czerwca 2010)
16.00-18.00 - przewidywany czas przybycia na metę zwycięzców trasy długiej i krótkiej

Niedziela (6 czerwca 2010)
10.00-11.00 - zakończenie Rajdu
12.00 - zamknięcie mety
12.00-14.00 - wykwaterowanie uczestników z bazy zawodów.

Czekam więc na poważne propozycje ;-)

Pozdrawiam.

Maciej

Napisał/a: Maciej, 2010-05-17 22:03:06 komentarze (1) || skomentuj

Zagadka...

Niezła KorbaZgadnijcie kto to? ;)

fot. Piotr Silniewicz









Napisał/a: Janek, 2010-05-15 12:25:23 komentarze (6) || skomentuj

© copyright by Niezła Korba 2008-10; wszystkie prawa zastrzeżone
stronę obsługuje dobrydesign.net
X

Dodaj komentarz




O Adventure Racing

Rajdy przygodowe, czyli Adventure Racing (AR) to multidyscyplinarne, długodystansowe, zespołowe zawody na orientację rozgrywane w formule non stop.

dowiedz się więcej

Nasze plany

Zaloguj się!



zapamiętaj mnie

napieraj.pl     pk4.pl blog ekstremalny

sherpas rt    team 360 stopni

Nonstop Advenutre   exmedio

SleepMonsters