Logo Niezła Korba

Na skróty

2010-07-09
Relacja on-sight - zespół EnKa
komentarzy: 1

2010-07-08
On-sight: w samo południe
komentarzy: 5

2010-06-16
Pomaganie ma sens! - relacja Marty z akcji pod Tarnobrzegiem
komentarzy: 7

Nakarm RSS postami.

Ostatnie komentarze

2010-07-09 20:16
aka:
Brawa dla Enka (czyli NK :) w wydaniu "ekstremalnym"! Bo jak sami napisaliście lokujecie się na dw...

2010-07-08 23:04
aka:
No, dziewczyny, super Wam poszło. Widać, że miałyście zapas :)...

2010-07-08 11:43
Janek:
"To miłe uczucie, kiedy we dwie baby przegania się tylu facetów :)" Super dziewczyny! Jesteśmy z ...

2010-07-08 11:30
waleśka:
Relację czyta się super! Jakby się było tam z Wami. Gratuluję drugiego miejsca raz jeszcze!! :D...

2010-07-08 11:23
Natka:
Nic nie trzeba dopisywać - wystarczy, że przekonałam się,że trzeba ją ze sobą zabierać;-)...

Nakarm RSS komentarzami.

Polecamy: rAId - Alternatywna Inicjatywa

rAId - Alternatywna Inicjatywa

Relacja on-sight - zespół EnKa

Przygoda, przygoda każdej chwili szkoda...

A jak ADVENTURE

Adventure dla nas rozpoczęło się już w piątek ok. 18:00 po przejechaniu mniej niż połowy trasy do Gorzowa Wielkopolskiego. Stało to się wraz z odholowaniem uszkodzonego samochodu do warsztatu w Koninie. Na szczęście w miarę szybko udało mi się zdobyć samochód zastępczy i wykonaliśmy szybki przepak bagażu i stelaża wraz z rowerami. W Gorzowie Wlkp. pojawiliśmy się ok. 2 w nocy tracąc kilkanaście minut na poszukiwanie bazy zawodów. Zaliczyliśmy pierwszy sukces byliśmy nareszcie w bazie, prawie po 12 godzinach podróży. Teraz był czas na zasłużony odpoczynek. Poranek zapowiadał, że dzień będzie upalny i słoneczny. To wzbudzało moje obiekcje jak poradzimy sobie z wysiłkiem fizycznym w takich warunkach – do dzisiaj pamiętam maraton sprzed pięciu laty w Toruniu, który przebiegłem w skrajnym upale. Czas do startu szybko upłynął na przygotowaniach sprzętu przerywany kilkunastoma telefonami w sprawie uszkodzonego auta.

Niezła KorbaR jak RACE

Na start znajdujący się na bulwarze nad Wartą dotarliśmy w momencie prezentacji zespołów. Potem szybka sesja fotograficzna i … rozglądanie się za miejscem z kawałkiem cienia w oczekiwaniu na start.
Start do biegu na orientację po mieście – rozpoczynamy biegiem jednakże z każdą minutą jest mi coraz cieplej. Punkt A łatwo namierzamy i od razu kierujemy się w kierunku E. Ostre podejście i jesteśmy na górze z platformą widokową. Nasze drogi krzyżują się 2 lub 3 ekipami. D podbijamy bez problemu i zdążamy do C – jak się okazało zamiast dolinki z łąką są tam teraz działki. Na szczęście niedaleko była droga asfaltowa, która doprowadziła nas do pkt C znajdującego się również na górce. Jeszcze tylko B i jesteśmy na mecie pierwszego etapu. Czas tak jak przypuszczałem nie najlepszy, gdyż 2/3 dystansu po prostu przeszliśmy. Zajęliśmy ex-equo 11 miejsce dziewczynami z „Byłe Niebyłe”. Według moich wyliczeń etap ten liczył ok. 5 km co później w rozmowie przyznał sam organizator.

Czas na rowery. Nogi sztywne trudno je rozruszać. Dopiero po kilku kilometrach poczułem, że „zatrybiło”. Adam przejął nawigację i nadaje tempo. Mijamy się systematycznie z kilkoma ekipami. Dojazd w pobliże punktu 2 jest oczywisty - asfaltem poprzez Czechów. Punkt ten znajdujemy bezbłędnie i bez specjalnego poszukiwania – to mocno podbudowało nas, bo według mnie był to chyba jeden z trudniejszych punktów do zlokalizowania z tej racji, że znajdował się w dość gęstym lesie na końcu jaru. Razem z nami na punkcie były jeszcze dwie ekipy. Tam nasze drogi rozeszły się, gdyż postanowiliśmy wrócić jarem do głównej drogi, aby dostać się inną drogą do Kolonii Czechowskiej i dalej poprzez Janczewo asfaltem dojechać do pkt 3 znajdującego się nad jeziorem w małym ośrodku wypoczynkowym.
Również tak jak Marta i Natka dotarliśmy do drogi przy, której był ustawiony znak zakazu poruszania się po wale zbiornika. Postanowiliśmy dalej nie iść tą drogą, gdyż lekko oddała się od naszego wyznaczonego punktu poruszania się. Weszliśmy na gęsto zarośniętą i pokrytą patykami drogę. Po kilkudziesięciu metrach mocno się zdziwiliśmy wychodząc wprost na ogrodzenie z siatki, za którym biegał głośno szczekający wilczur. Nie było innego wyjścia i zaczęliśmy przedzierać się przez krzewy wzdłuż płotu przy nieustającym szczekaniu tego przyjacielskiego psa, próbującego nas mocniej zmotywować. Długo to nie trwało i znaleźliśmy się na normalnej drodze. Jeszcze bardziej zdziwiłem się widząc ekipę (bodajże 52) jadącą z naprzeciwka – yes, yes, yes pomyślałem, że dobrą i pewną nawigacją trochę nadrobiliśmy.
Po drodze do bazy w pkt 3 zatrzymujemy się w sklepie celem uzupełnienia zapasów wody. Pani w sklepie mówi, że jest 35 C – nie wierzę. W przepaku dowiaduję się że jesteśmy na czwartym miejscu!!! Dwa razy pytam się dziewczyny z obsługi i słyszę to samo – cuda się zdarzają. Ośrodek jest ciekawie położony i przez chwilę mam ochotę tam pozostać i poleżeć w cieniu.
Teraz przed nami trekking. Ruszamy razem z dwoma zespołami „Byłe Niebyłe” i „Kargowa Team”. Mamy pierwsze zadanie – ogrodzenie (na wierzchu i w połowie wysokości drut kolczasty) z zamkniętą furtką. Znaleźliśmy jakąś dziurę i szczęśliwie bez skaleczeń rozpoczynamy dalszy marsz. Niedaleko czwórki spotykamy Martę i Natkę. Marta wiedzę nadaje tempo, skupiona, prze do przodu. Natka trzyma tempo. Nic dziwnego, bo jak okazuje się straciły trochę czasu na poszukiwaniu zagubionej karty kontrolnej.
Adam zaczyna odczuwać dolegliwości żołądkowe – szybko podana Smecta skutecznie działa. W lesie temperatura jest już bardziej sprzyjająca – ze zdumieniem spostrzegam, że w tym rejonie znajduje się całkiem sporo buków.

Niezła KorbaKierujemy się na pkt 5 znajdujący się za leśną rzeczką i drogą asfaltową. Tereny za gajówką Młynów na mapie zaznaczone jako podmokłe teraz wysuszone przez słońce są łatwe do przejścia i szybko docieramy do niezbyt głębokiej rzeczki Santocznej. Szybki rzut oka na dno i wiem już, że lepiej nie próbować przechodzić przez nią ze względu na możliwy głęboki muł. Na szczęście w pobliżu znajdowało się kilka przewróconych drzew, po których można było przejść na druga stronę. Po sforsowaniu rzeczki wychodzimy dokładnie na drogę prowadzącą do pkt 5. W poszukiwaniu tego punktu tracimy kilkanaście minut – okazało się, że poszliśmy za daleko i teraz musimy przedzierać się bagiennym terenem porośniętym gęsto pokrzywami. Idziemy w kierunku małego jeziorka, z którego wypływa struga – teraz wyschnięta – na błocie odciśnięte są ślady różnych łapek i racic dzikich zwierząt. Wreszcie znajdujemy ten punkt – pięknie położny nad leśnym jeziorkiem. Powrót do głównej drogi odbywa się skokami z kępy na kępę, gdyż teren jest bagienny. Szybkie przejście do pkt 6, przeprawa przez most linowy i po kilkunastu minutach jesteśmy ponownie na przepaku. Adam w dobrej kondycji i świetnie nawiguje. Mamy szóste miejsce, z piątym zespołem przegrywamy tylko o 3 minuty.

Niezła Korba
Ponownie rower. Do pkt 8 wybieramy wariant szosowo – terenowy – chyba najszybszy i kosztujący mniej sił niż jazda drogami leśnymi. Punkt ten osiągamy wzrocowo, po prostu idealnie na niego wyjechaliśmy. Teraz do pokonania kilkanaście metrów pokrzyw i punkt zaliczony. Przy odjeździe z tego punktu mijamy „Byłe Niebyłe” i wiem, że już nie damy się wyprzedzić do mety.
Dojazd do drogi asfaltowej odbywa się w głębokim piasku – rowerem na moich wąskich oponach, co chwilę zarzuca. Pod koniec tej piaszczystej drogi nagle widzę jadący z naprzeciwka samochód. Diabli nadali akurat teraz. Zaczynam manewr zjazdu z drogi na pobocze jednakże zakopuje się w pisaku. Kątem oka widzę, że Adam też ma problemy a samochód nagle skręca i zatrzymuje się z boku drogi . O kxxxxxx – nerwy mnie poniosły. Patrzę dalej a tu wyskakuje na drogę chłopak z serwisu foto rajdu i robi Adamowi i mi zdjęcia. Teraz pisząc te słowa śmieję się z tego zdarzenia.


Przed nami długi odcinek asfaltowy powrotu do Gorzowa Wlkp. do galerii handlowej na zadanie specjalne – drabinkę alpinistyczną. Słońce już mocno zniżyło się i jazda stała się naprawdę przyjemna. Zadanie specjalne udaje sięgam zaliczyć, choć z małymi problemami. Kończąc to zadanie spostrzegłem, że dopiero teraz dojechała ekipa nr 52, która nad nami po drugim przepaku miała ok. 25 minut przewagi. Pierwsi wyjeżdżamy z galerii w stronę mety jednakże mała pomyłka w wyborze drogi i wiem, że nie wyprzedziliśmy „52”. Ostatecznie zajęliśmy w zawodach piąte miejsce.
Pokonanie całej trasy zajęło nam 9 godzin i 15 minut. W sumie wypiliśmy prawie 9 litrów wody i różnych napojów.

Do mety dotarliśmy w dobrej kondycji, zadowoleni z precyzyjnej nawigacji. Po tych zawodach wiem, że mamy spory zapas mocy, aby osiągać coraz lepsze wyniki. Dobra współpraca przy nawigacji i wspieranie się na etapach pieszych (ja Adama) i rowerach (Adam mnie) powinna przynieść efekty.

Na zakończenie – wygląda na to, że Enka to zespół składający się z najmłodszego i najstarszego zawodnika trasy Amator, który dotarł do mety.

P.S. ADVENTURE zakończyło się dla mnie w środę 07 lipca po przyprowadzeniu z Konina do Warszawy naprawionego już auta.

Zespół Enka w składzie:
Dariusz Parzyszek
Adam Parzyszek

Napisał/a: Janek, 2010-07-09 14:05:47 komentarze (1) || skomentuj

On-sight: w samo południe

Oto i nasza relacja. Jak widzicie nawet po krótkiej trasie można mieć wiele do opowiedzenia:-) Miłego czytania!

Nasza trasa startuje dopiero o 12 w południe. Od rana miałyśmy mnóstwo czasu, a przygotowań niewiele, więc nad bulwar (czyli na miejsce startu) dojeżdżamy z bazy bez pośpiechu. Sesja zdjęciowa, kilka słów od organizatora, odliczanie i ruszamy! Mapę do biegu na orientację dostałyśmy na odprawie, więc kolejność zaliczania pk miamy ustaloną, przebiegi zaplanowane. Nie bierzemy ze sobą nic, bo w końcu to tylko 3 kilometry. Po mieście, łatwa orientacja... Co to dla nas? Naszej kolejności podbijania punktów nie wybrał chyba nikt. I dobrze – nie będziemy się nikim sugerować. Ku naszemu niezadowoleniu, przy większości z pięciu pk okazuje się, że niewinnie wyglądające na mapie pagórki są w rzeczywistości całkiem spore i naprawdę trzeba się wysilić, żeby je pokonać… Na podejściach przytomnie przechodzimy do marszu. Wszystko utrudnia dający się we znaki upał. Jest naprawdę gorąco i 3km zaczynają się trochę dłużyć. Przypomina mi się sen Marty, w którym, nie wiedzieć czemu, musiałyśmy przemieszczać się z dzieckiem w wózku i przez to nie mogłyśmy skończyć tego przeklętego bno… Na szczęście rzeczywistość wygląda inaczej i kończymy bez większych problemów (jedna zdradliwa ścieżka na działkach i wynikające z niej przejście przez płot), ale kiedy docieramy do rowerów, obie mamy wrażenie, że zajęło nam to zbyt dużo czasu - 3 km w 44 minuty! Jednak ruszając na następny etap dowiadujemy się, że jesteśmy 5 zespołem. Czyli wcale nie jest tak kiepsko, jak myślałyśmy! Jedziemy spokojnym tempem, świadome, że mamy spędzić na tym słońcu jeszcze kilka dobrych godzin. Trafienie na właściwą ścieżkę mamy bardzo ułatwione dzięki wskazówkom z odprawy, ale i tak, kiedy docieramy do lampionu, jesteśmy z siebie zadowolone.
Jedziemy dalej, przedzieramy się przez teren obstawiony licznymi znakami zakazu wstępu, wprowadzamy rowery na stromy wał (tego znaki zabraniały w szczególności) i po chwili lądujemy na oczekiwanym asfalcie. W mijanym sklepie spożywczym kupujemy lodowatą wodę. Wypijamy ją z wielką przyjemnością – płyny w camelu na moich plecach i w czarnym bidonie Marty nagrzewają się zdecydowanie zbyt szybko! Stopniowo nasza droga się pogarsza. Asfalt ma coraz więcej dziur i łat, w końcu znika zupełnie. Teraz przemieszczamy się drogą ziemną, po bokach mamy bardzo malownicze pola, ale w pobliżu nie rośnie ani jedno drzewo, a to oznacza zero cienia. Dobrze, że zostaje nam chociaż wietrzyk, który zresztą same sobie tworzymy. Do szybszej jazdy motywuje nas zbliżający się z każdym kolejnym metrem przepak i obiecująca linia lasu przed nami. Leśny odcinek szybko mija i wjeżdżamy na teren ośrodka, gdzie zlokalizowana jest nasza strefa zmian. Ja zupełnie o tym zapominam, ale Marta przytomnie pyta o naszą pozycję. Bardzo miła niespodzianka: nie sądziłam, że jakoś szczególnie na tym rowerze nadrobiłyśmy, a jesteśmy drugie!

Strefa zmian A. Przysiadamy na pieńkach, jemy po batonie (Natka się swoim zakleiła, a mój dał mi energrtycznego kopa), ja zmieniam buty i ruszamy na trekking. Na odchodnym słyszymy, że niezły piknik sobie urządziłyśmy, bo panowie przed nami spędzili tu tylko 2 minuty. Mamy do nich 14 min straty, jesteśmy drugie. Z uśmiechem na ustach ruszamy w trasę. Ja obawiałam się tego etapu, bo nigdy nie miałam z czymś takim do czynienia. Jeśli chodzi o środek transportu, to zdecydowanie wolę rower od moich nóg. To właśnie na rowerze czułam się pewnie, a trekking stał dla mnie pod znakiem zapytania. W dodatku cykorzyłam, że Natka będzie chciała biec, ale na szczęście obie uznałyśmy - choć żadna nie powiedziała tego na głos - że lepszy będzie szybki marsz bez zadychy, a nawet zdychy na koniec. Do czwartego punktu (pierwszego z treku) miała poprowadzić nas prooosta jak drut przecinka. I wiecie co? Poprowadziła nas! Jedynym problemem był żar lejący się z nieba... Nie dość, że gorąco, to jeszcze potwornie duszno - powietrze było gorące i nie było co wdychać! Przeszłyśmy już jakieś 5/6 trasy do punktu, kiedy Natka wydała z siebie niewybredny okrzyk, po czym zakomunikowała mi, że nasza karta kontrolna "gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzieee..."
(Nigdy więcej nie zaufam sznurkowi organizatora!) Cóż było robić - bez zbędnego biadolenia zaczęłyśmy wracać. Bałyśmy się, że stracimy swoją drugą pozycję, więc z biciem serca przeczesywałyśmy wzrokiem trasę po każdym zakręcie sprawdzając, czy nikt nas nie goni. Kartę odnalazłyśmy po jakimś kilometrze, więc nie było tragedii. Chwilę po zmianie kierunku Natce zakręciło się w głowie od słońca i zrobiłyśmy przerwę w cieniu. Po niedługiej chwili Natka wstała i rzucając "dooobra, bez dramatyzowania" ruszyła dalej. Szybko i bez problemów dotarłyśmy do punktu umiejscowionym na terenie lekkawo podmokłym (tendencja podmokłości terenów, na których znajdowały się punkty, była wzrostowa, jak się później okazało). Do następnego punktu musiałyśmy znów wrócić już dobrze wydeptaną przez nas ścieżką. Po drodze minęłyśmy dzielnych Parzyszków, którzy wraz z innym męskim teamem posuwali się naprzód w mocno turystycznym tempie...

Trasa do piątego punktu była bardziej kręta, ale wcale nie bardziej wymagająca nawigacyjnie. W połowie drogi poczułam odciski na nogach. I co dziwne - na wewnętrznych stronach pięt, co nigdy jeszcze mi się nie przydarzyło. W końcu zrobiłyśmy krótką przerwę regeneracyjną (ja wsunęłam drugiego batona, Natka nic - taki układ utrzymał się do końca dnia). Ja pozaklejałam się plastrami, choć czułam, że wcale mi nie pomogą. Ruszyłyśmy dalej i przyszedł moment przeprawienia się przez rzeczkę. Mostu akurat - dość głupio - nie wybudowali tam, gdzie by nam pasował. Cóż było robić, wybrałyśmy miejsce, w którym woda wydawała się wzlgędnie czysta i postanowiłyśmy zmyć z siebie trochę potu. Natka nie chciała się bawić w zdejmowanie butów, ja jednak postanowiłam oszczędzić swoje obuwie i uderzyłam na bosaka. "Względnie czysta woda" okazała się bujdą, bo zapadłyśmy się w obrzydliwy czarny muł prawie po pas.
(Ja mimo wszystko doceniłam naszą rzeczkę - jakkolwiek mulista by nie była, okazała się pierwszą i ostatnią chłodną rzeczą w ciągu rajdu) Po kilku okrzykach zdegustowania byłyśmy już na drugim brzegu z czarnymi nogami i mokrymi majtkami - bynajmniej nie z wrażenia... Po tej przeprawie niestety nie czekała na nas żadna ścieżka, więc idąc z przodu mówiłam co jakiś czas "trochę w prawo" lub "trochę w lewo" mając nadzieję, że Natka nie zabije mnie za to, że wylądowałyśmy w sąsiednim powiecie. Kiedy po przedarciu się przez krzaki wszelkiej maści dotarłyśmy na asfalt, okazało się, że znajdujemy się IDEALNIE na przeciwko ścieżki, która poprowadzić nas miała prosto do punktu! "Piątka" była miejscem wpadania strumyka do niewielkiego stawu schowanego gdzieś w gęstym lesie. Skręciłyśmy między drzewa raczej na chybił-trafił i... strzał w dziesiątkę! Mocząc nieco stopy w grząskim terenie szybko podbiłyśmy i wróciłyśmy na asfalt. Teraz czekała nas prosta droga na punkt szósty, czyli pierwsze zadanie specjalne.

Zadanie nie było skomplikowane - dwie liny przeciągnięte przez rzeczkę, z którą już miałyśmy okazję się zaznajomić... Po tym punkcie znów zmierzamy do strefy zmian, choć gorszym tempem niż na początku, bo słońce zdążyło nas mocno spowolnić. Natka wciąż źle się czuła, ja nieco lepiej (być może ratowała mnie czapka). Na ostatniej prostej decydujemy się ściąć trochę przez las, ale tym razem metoda "trochę w lewo, trochę w prawo" nie zadziałała idealnie. Na dobrą drogę zaprowadziły nas słyszane z daleka okrzyki dzieci z ośrodka, w którym była strefa zmian. Bardzo się nie pogubiłyśmy - straciłyśmy może 30 sekund.

W strefie zmian spędzamy 6 minut, do pierwszego zespołu mamy już godzinę straty, ale nadal jesteśmy drugie. Z ulgą przesiadamy się na rower. Do punktu ósmego prowadzi nas mało skomplikowana droga, w większości szlakiem. Brak wyzwań nawigacyjnych rekompensują wyzwania terenowe - niemal cała droga jest mocno piaszczysta i momentami pagórkowata, co powoduje mooocne spowolnienie naszego tempa i nadszarpnięcie siły w łydkach. Patrząc na mapę cieszymy się, że wracając z "ósemki" będziemy jechać jakąś większą drogą. Jednak gdy docieramy do tej "większej drogi" okazuje się, że musimy zsiąść z rowerów, bo nie dajemy rady jechać - taki był piach! W drodze na punkt zatrzymujemy się, bo zupełnie niespodziewanie kończy nam się ścieżka (Natka każde zatrzymanie wykorzystuje na położenie się na mapniku - w poradach na napieraj.pl było, żeby odpoczywać kiedy się da!
No, bez przesady, tylko nie każde;-)). Patrzę na mapę, potem wskazuję na pokrzywy i mówię "Może tędy będzie jakieś przebicie..." - patrzymy, a tam punkt wisi na drzewie. Nieźle. Pozostaje nam już tylko prosta droga na punkt 9., czyli drugie zadanie specjalne - ale to już w środku miasta. Długo jeszcze musimy jechać piaszczystymi drogami, które stają się domeną tego etapu. W końcu wpadamy na nieco bardziej utwardzoną drogę, gdzie jednak rower Natki spotyka mała awaria - łańcuch zablokował się między zębatką a ramą. Udaje się pokonać problem i z dłońmi czarnymi od smaru ruszamy dalej. Raduje nas asfalt, który jednak daje nam ulgę na jakieś 500 metrów. Dalej znów droga między polami, ale jesteśmy całkiem dzielne. (W międzyczasie bardzo fajny, niedoceniony przez Martę, zjazd) Docieramy do centrum handlowego, gdzie czekają na nas 10-metrowe drabinki. Szybko załatwiamy sprawę i kierujemy się na metę.

Jakąś minutę przed celem orientujemy się (przytomny umysł Natki, choć po tym słońcu kto by się spodziewał), że nie podbiłyśmy karty na ZS2. Szybka decyzja - wracamy. Nie jest daleko. Tracimy jakieś 13 minut. Wpadamy na metę i... lecą do nas z szampanem, bo jesteśmy drugie! W dodatku odrobiłyśsmy trochę straty i przyjechałyśmy 37 min po pierwszym zespole. Bierzemy szampan z Biedronki, a następnie zmęczone i podrapane udajemy się do zajęć wieczornych...

To miłe uczucie, kiedy we dwie baby przegania się tylu facetów :)

Rajdowały i relacjonowały: Marta i Natka.

Napisał/a: natka, 2010-07-08 02:43:23 komentarze (5) || skomentuj

Pomaganie ma sens! - relacja Marty z akcji pod Tarnobrzegiem

W ramach akcji niezłokorbowej POMOC DLA POWODZIAN-BIEGACZE DLA POWODZIAN, koordynowanej przez Martę Szewczuk, Marta i Arus udali się na rekonesans do bazy harcerskiej pod Tarnobrzegiem. Był to już drugi etap akcji pomocy dla POWODZIAN. Pierwszym była zbiórka darów organizowana wspólnie z Centrum Biegowym ERGO. Dary trafiły do Rogowa k/Wilkowa.

zob.
ZDJĘCIA Z 3. DNIA


ZDJĘCIA Z 1. DNIA


Niezła KorbaOto impresje Marty z dnia trzeciego z akcji pomocowej w okolicach Tarnobrzega.

Dziś znów o 9:00 byliśmy gotowi do wymarszu. Pogoda niezbyt korzystna - chwilę przed dziewiątą zaczęło lać, ale przestało padać, jak już dojechaliśmy na miejsce, więc przeszkodą było tylko błoto. Byliśmy we czwórkę - ja z Arusem, Globus i pan Edek, który zgłosił się do pomocy. Dziś rano zjawiliśmy się znów u Bina (tak ma na imię Wietnamczyk, u
którego byliśmy w sobotę, wcześniej błędnie zapisałam jego imię jako "Bi") i jego żony. Wynosiliśmy mnóstwo sprzętów, drewna, strasznie ciężkich drzwi, mebli, ubrań. Arus zrobił imponującą ilość kursów z taczką do stojących przy drodze kontenerów.

Niezła KorbaOkazało się, że pan Bin jest z zamiłowania elektronikiem i naprawia przeróżne sprzęty, jakie sąsiedzi mu przynoszą. W efekcie powódź zalała jakieś 15 telewizorów, z 5 komputerów i inne tego typu rzeczy.. Ilość kineskopów, jakie wrzuciliśmy dziś do kontenerów, przerosła nasze wyobrażenia o tego typu hobby! Zapełniliśmy dwa duże kontenery. Podczas wynoszenia rzeczy spod niewielkiej wiaty na podwórku poczuliśmy niesamowity odór. Później okazało się, że to zapach kilkunastu paczek makaronu rozpuszczonego w popowodziowym mule.. Smród był obrzydliwy, ledwo mogliśmy to powrzucać na taczkę, a potem do kontenera. Pan Bin na końcu swojej działki ma całkiem pokaźny składzik wszelkiego sprzętu elektronicznego i innego niesamowicie potrzebnego oprzyrządowania do Nie Wiadomo Czego, które zalegało tam zapewne od lat. Dopiero powódź okazała się dobrą sposobnością do pozbycia się wszystkich tych gratów! Więc woziliśmy na taczkach małe i duże kineskopy (największy miał chyba ze 40 cali!) i wyrzucaliśmy to wszystko bez żalu, jednak z bólem kręgosłupa. Na szczęście nie moralnego. Pan Bin i pani Maria jak zwykle zmusili nas do przerwy - częstowali chlebem, konserwą turystyczną, serkami topionymi, herbatnikami, kawą, herbatą, wodą... Wszystko do dostają z banku żywności i mają tego trochę za dużo, więc nie dziwne, że prawie wkładali nam jedzenie do ust! Około trzynastej pan Bin powiedział, że to już koniec pracy na dziś. Nie rozumieliśmy, o co chodzi, bo widzieliśmy jak wiele jeszcze roboty przed nimi. Jednak małżeństwo martwiło się, że jesteśmy zmęczeni.

Niezła KorbaJednak my z Arusem mieliśmy jeszcze dużo energii i wcale nie chcieliśmy się zatrzymywać! Pan Edek spocony opadł na krzesło i podziwiał naszą pracowitość ("Nie miałem pojęcia, że oni tacy pracowici! I jeszcze z tak daleka przyjechali, żeby pomagać, niesamowite!"), a my zrobiliśmy jeszcze kilka kursów z taczką, zanim pan Bin ostatecznie zagrodził nam drogę ;) Pożegnaliśmy się z nimi z wielkim żalem - już nie będziemy mogli im pomóc, ale chcielibyśmy kiedyś ich odwiedzić! Powiedzieli, że chcą tam zostać, adres znamy! Zrobiliśmy też sobie z nimi pamiątkowe zdjęcie. No i nie udało nam się nie zabrać paczuszki "na drogę" od pani Marii - chce ktoś może turystyczną?

Zanim zacznę dalszą część sprawozdania - czas na dygresję. Do tej pory wszystkie tereny, na których pomagaliśmy, nazywałam przytarnobrzeskimi wsiami i okolicami Tarnobrzega. W rzeczywistości jednak są to wiejskie DZIELNICE Tarnobrzega. Choć każdą z nich dowodzi jeden człowiek, to wszystkie te miejsca należą do Tarnobrzega. Kiedyś były to niepodległe
wsie, jednak teraz stanowią całość. Dzięki temu Tarnobrzeg jest jednym z największych miast w swoim regionie. Jedną z przyczyn przyłączenia tych wszystkich terenów do miasta było wypełnienie warunku odnotowania co najmniej 50 tys. mieszkańców, aby Tarnobrzegiem mógł rządzić prezydent, a nie burmistrz. Mimo zmian administracyjnych, większość mieszkańców wiejskich dzielnic cały czas mówi "Jestem z Sobowa/Wielowsi/Sokolników", a nie "Jestem z Tarnobrzega".

Dobrze, kontynuuję relację.. Zadzwoniliśmy po naszego szofera i pojechaliśmy dalej pomagać. Tym razem do dzielnicy Wielowieś, która w większości stoi jeszcze w wodzie. Dostaliśmy namiar na gospodarstwo, gdzie starszy mężczyzna sam nie radzi sobie z wyrzuceniem wszystkiego z domu. Nie ma się czemu dziwić - zalało mu WSZYSTKO. Ani jedno pomieszczenie nie ocalało. Zginęły wszystkie zwierzęta (m.in. mnóstwo kur i ok. 25 królików), które cały czas leżą w stodole i gniją, bo nie ma się kto nimi zająć (nie można ich zakopywać na własną rękę). Niezła Korba

Aby dostać się do domu tego pana, musiał nam pożyczyć swoich woderów, w których przeprawiliśmy się przez zalaną ścieżkę. Sam dom stał teraz na małej wysepce, więc tam nie musieliśmy brodzić w wodzie. Do opróżnienia mieliśmy graciarnię. Jeszcze gorzej niż u pana Bina. Stosy niepotrzebnych rzeczy zbierane przez starsze małżeństwo - znacie to? Wasi dziadkowie też to robią? Pewnie sami to robicie. Oni tez nie przeczuwali zagrożenia. Składowali w tym pomieszczeniu meble, naczynia, przeróżne sprzęty, ubrania, zabawki, czasopisma, które zalegając tam od lat zdążyły w niektórych miejscach zapleśnieć. Myśleliśmy, że zapach sobotniego zboża był nie do zniesienia.

Potem trafiliśmy na potworny odór u pana Bina. Ale tu.. tu było chyba najgorzej. Pewnie zrobią mi się niezłe zmarszczki, bo przez cały czas wyrzucania tych gratów przez okno miałam skrzywioną minę. Smród był tak potworny, że płakać się chciało. Naprawdę. Nie raz łzy napływały mi do oczu, nie raz musiałam szybko wybiec z pomieszczenia, bo miałam wrażenie, że odór jest w każdym kawałku mojego ciała. Przebywanie tam to jak przebywanie w pokoju po imprezie, gdzie smród alkoholu miesza się ze smrodem wymiotów dziesięciu osób i dołożyć do tego można jeszcze kilka rozkładających się zwierząt. Nie przesadzam. Nie życzę nikomu przebywania w takiej atmosferze. Uwijałam się z robotą, żeby
jak najszybciej to skończyć. Mężczyźni wymiękali... Niezła Korba

Obrzydliwy zapach o mieszanina popowodziowego mułu z wodą, która przepłukała znajdujący się tuż koło domu cmentarz. Wyobrażacie sobie?! Wszystkie wasze rzeczy, dosłownie WSZYSTKIE śmierdzą wymytym z cmentarza fetorem i zgniłą roślinnością oraz padniętą zwierzyną... Koszmar! Co jakieś czas z jakieś rzeczy wylewała się woda. Prosto na mnie. Wszystko było w błocie. Całe to błoto na nas. Mnie już zaczynało wszystko swędzieć, miałam nadzieję, że nie nabawię się żadnej choroby skóry. Wyrzucaliśmy przez okno naczynia, które rozbijały się upadając na stos desek. Wyrzucaliśmy szare od mułu pluszaki, które przesiąknięte wodą były potwornie ciężkie. Tak samo ubrania. Pan Edek wyrzucał wszystko łopatą. Buty, garnki, zabawki.. Straszny widok! Wyrzucaliśmy łopatą czyjeś życie przez okno! W końcu udało się opróżnić całe pomieszczenie. Wybiegłam szybko na dwór, żeby móc normalnie oddychać.

W czasie, kiedy my zajmowaliśmy się wiosennymi porządkami, Arus poszedł na zwiad. Przeszedł się wzdłuż ulicy, żeby sprawdzić, komu jeszcze przyda się pomoc. Efekty były opłakane. Pomoc przyda się tam KAŻDEMU! Co prawda niektórzy ludzie nie mogą wynosić jeszcze ze swoich domów żadnych sprzętów, bo wciąż jest zbyt wysoki poziom wody, ale jest mnóstwo gospodarstw, w których woda już opadła i brakuje rąk do pracy!! Są to rodziny ze starszymi osobami, które nie są w stanie same radzić sobie ze skutkami powodzi. Zresztą, jak już pisałam, widząc ogrom pracy do wykonania człowiek czuje taką bezsilność i taki bezsens, że tylko siada i płacze.. Dlatego tym ludziom na razie nie są potrzebne żadne ubrania, żadne pościele, żadne zabawki i meble. Na razie potrzeba LUDZI!!!

Z wielkim żalem stamtąd odjeżdżaliśmy, bo choć sporo pomogliśmy (bez nas nie byłoby prawie nikogo...), to wiemy, jak ciężkie zmagania jeszcze przed mieszkańcami zalanych terenów. Zadziwiająca jest ludzka obojętność.. Wolontariat zorganizowany w Tarnobrzegu nie może znaleźć na swoich terenach osób chętnych do pomocy!! Ludzie nie chcą pomagać "swoim"!! Wiemy, że teraz gorący okres - sesje, koniec roku szkolnego, ludzie pracują.. Ale mimo wszystko trzeba z całego serca namawiać ludzi do pomocy i kontynuować akcję! Ręce do pracy jeszcze długo będą potrzebne! A pojechanie nawet na 2 dni ma sens!!

Wracamy z Tomaszem z żalem i refleksją. Każdemu życzymy takich przeżyć, bo to bardzo wartościowe. Może odbierzecie to jako zbytni patos, ale kurczę... My już wracamy do ciepłych domów, a ci ludzie zostają tam siedząc na pękniętych kubełkach umorusani obrzydliwym mulem i... płaczą.

MOBILIZUJECIE SIĘ!! TO NIE KONIEC!!

Pozdrawiamy,
Marta i Tomek

Napisał/a: Maciej, 2010-06-16 17:17:31 komentarze (7) || skomentuj

Salomon Trailrunning - Toyota Ekobieg Kampinos

Oto krótka relacja z niedzielnego biegu w Kampinosie.


Niedziela, 13 czerwca, godzina 10.00 rano.

Słońce i ok 20 C. Świetna pogoda na bieganie.

Wsiadam do auta i po 30 min. jestem w Palmirach wsi na parkingu. Ten już jest pełen aut i biegaczy.

Szybka rejestracja, rozgrzewka i idziemy z Jackiem na start. Jacek na bieg dojechał rowerem i dziwi się, że ja tak nie zrobiłem. Mam przecież stosunkowo blisko. Gdybym wcześniej wstał, gdybym nie miał w nogach z soboty 90 km na rowerze, gdyby nie ulotki sklepowe, które wziąłem do rozdania startującym, gdyby to i tamto, to pewnie bym przyjechał. Następnym razem, Jacku. Obiecuję ;-)

Dystans do przebiegnięcia to ok. 13 km.
Na starcie ok. 150 osób.
Krótka odprawa techniczna i start.Niezła Korba

Trasa prowadzi szlakami KPN. Trasa jest sucha i często piaszczysta z wyjątkiem dużej kałuży na 1 km. Ponieważ tam jestem z przodu udaje mi się przejść po patykach i gałęziach mocząc buty tylko trochę.

Biegnę stosunkowo szybko. Dawno szybko nie biegałem więc dla mnie to jakby nowe doświadczenie. W 17 minucie biegu mija mnie Jang mówiąc cześć. Od tej pory zaczynają mnie sukcesywnie wyprzedzać inni zawodnicy. No cóż, jak się chce biegać szybciej to trzeba odpowiednio trenować. Taka prawda.

Problemów nawigacyjnych oczywiście nie ma. Ścieżki mi znane. Dodatkowo trasa oznaczona. Co kilometr tablica z pokonanym dystansem.

Na 5 km bufet w wodą (przy cmentarzu w Palmirach). Zwalniam i piję. Wiem, że jak mi tętno spadnie to poczuję się lepiej. Bieg przerywany marszem zaleca tez Galloway. Kubków na ścieżce dużo. Znaczy inni też pili.

W połowie trasy zmieniam kadencję na szybszą. Po prostu stawiam mniejsze kroki i robię to szybciej. Tzn. szybciej przebieram nogami. Mam wrażenie, że przetoczenie stopy się skraca i mam wrażenie, że biegnę szybciej nie męcząc się przy tym więcej. To ciekawe doświadczenie. Nowe.

Niezła KorbaNa 11 km jest kolejny bufet. Biję się z myślami czy stanąć czy nie. Ta bitwa trwa trochę długo. Nie mogę podjąć decyzji. Wreszcie staję i piję. W tym momencie wyprzedza mnie Jacek i 3 innych zawodników (w tym zawodnik dobrze zbudowany – jak on to robi, przy tej wadze ?). Wypiwszy wznawiam bieg i siadam Jackowi na plecach. Niestety, nie jestem w stanie zmusić się do szybszego biegu. Dlaczego? Sam nie wiem do tej pory. Czy mogłem pobiec szybciej? Dlaczego nawet nie próbowałem? Problemy z motywacją? Tak czy siak wpadam na metę 5 sekund za Jackiem. Nawet na ostatnich 50 metrach nie przyspieszyłem. I to pomimo dopingu Janga i Agnieszki z Kofeiną ! To do mnie zupełnie niepodobne, myślę. Może to kameralność tego wyścigu wywołała we mnie taką reakcję? Z drugiej strony, nawet jakbym Jacka wyprzedził na tych ostatnich metrach, to co bym zyskał ? Lepsze samopoczucie? Może trochę, ale nie do końca. Jacek jest z kategorii M50, a ja z M40, więc i tak mi dołożył w tym biegu, jakby nie patrzeć. Brawo Jacku !!

Na mecie spotykam Janga. Uzyskał czas 1:02:26, co dało mu 40 miejsce na 137 sklasyfikowanych. Mój czas to 1:07:20 i 69 pozycja. Średnie tętno 157. Cały dystans przebiegłem w strefie Power Zone czyli zakwaszającej. Skurczów jednak nie miałem.

Dla zainteresowanych - czas zwycięzcy - 44:39.


Na miecie dostaję banana i wodę. Idę do samochodu po ulotki, które rozdaję. Widzę dużo znajomych twarzy naszych klientów. Jest też stosunkowo dużo osób, które o ERGO nie słyszały. To cieszy.

Po pół godzinie żegnam się z Jackiem, pakuję się i wracam do domu, w którym z obiadem czeka już Agnieszka (dzięki !!).

Podsumowując. To był fajny początek dnia. Pogodny i sportowy. Szkoda, że więcej członków NK nie brało udziału w biegu. Z pewnością by im się podobało.

PS. Jak się uda, to kolejnym moim startem będzie Bike Orient w Łodzi 26/06. Może uda się zmontować większą ekipę na ten start ?

Napisał/a: Maciej, 2010-06-14 23:25:17 komentarze (4) || skomentuj

DYMNO - wrażenia po starcie

DyMnO 2010 - fot. Piotr Siliniewicz www.silne-studio.plSobota rano, 29 maja.
Godzina 6.00. Pobudka. Czas wstawać i jechać na start o 8.00 do Nieporętu. Na szczęście to blisko (ok. 40 min jazdy o tej porze dnia i tygodnia). Na niebie słońce. Będzie ładnie i ciepło. Tak jak lubię.

W Nieporęcie jestem ok. 7.40. Miejsce fajne, kameralne. Mała szkoła z dużym , nowoczesnym boiskiem. Jest gdzie zostawić bezpiecznie auto blisko rejestracji. Super.

Udaję się do rejestracji. Spotykam tam Darka Parzyszka z synem Adamem (stanowczo nie Adasiem; Adam to chłop na schwał), Hiubiego, Janka Golenia i Jacka Bojarowskiego.
Biorę numer, wracam do auta, ogarniam się ostatecznie (przyjechałem już w stroju do zawodów) i wymarsz pod Urząd Gminy na start.

Na starcie Piotr Silniewicz z aparatem oraz orgowie. Krótka odprawa. Za moment mapy w garść i …poszły konie po betonie=Start.

Pierwszy etap to ok. 35 km i 3 mapy:
Pierwsza: skala 1:25000 z PK 1,2 9-16.
Druga: skala 1:10000 z PK 1-6
Trzecia: skala 1:15000 z PK 5-9.

Stawka zawodników szybko się rozciąga. Na początku, w kierunku PK 1, biegnę koło Jacka. Na punkt wchodzę pewnie przyjmując inny punkt ataku niż reszta. Odliczam dystans schodzę w las i bingo. Wokół punktu parę osób.
Odchodzę w kierunku PK 2. Tam spotykam po raz pierwszy Huberta. Pytam, czy ma 2. Nie ma. Szukam więc sam. Nie jest łatwo. Innym też. W końcu jest. Pyk i dalej na PK 3. Schodząc z punktu spotykam Jacka. Po raz pierwszy i ostatni na trasie. Wskazuję kierunek gdzie jest punkt i lecę dalej zmieniając mapę. Nowa mapa to 10tka. Przyjemna. PK 3 trafiam łatwo. Pach. Teraz dłuższy przelot na PK 4. Punkt jest w gęstym lesie. Spokojnie namierzam (obok inny zawodnik) i jest. Brawo. PK 5 również wchodzi mi łatwo. Aż sobie gratluję. No mistrzu. Dobra robota. Dobry punkt ataku i bingo.
Przy PK 6 moje umiejętności nawigacyjne siadają. Przestrzeliłem i szukałem punktu nie tam gdzie trzeba (a niby się ścieżki zgadzały). Wracam. Widzę innych i pytam, czy mają 6. Mają. Jest tam gdzieś za nimi. Wracam, szukam i wreszcie jest. Dobrze schowany. Cieszę się, że go mam, choć z drugiej strony wiem, ze straciłem dużo czasu – szacuję stratę na jakieś 20 min..
Nie bardzo wiem, gdzie popełniłem błąd. No cóż. Tak bywa.

PK 7 wchodzi chyba łatwo. Już nie pamiętam. PK 8, pamiętam, był poza mapą (serio) ale wejście nań było bezproblemowe. Podbijam, wracam na mapę i dalej do PK 9. Tutaj znów tracę czas bo nie mogę znaleźć lampionu. Czujnie odmierzam, krążę i nic. Za jakiś czas znajduję. Był schowany w schronie ziemnym, po którym chodziłem i który obszedłem 2 razy. Teraz jak to piszę, widzę, że u dołu mapy jest stosowna informacja (szukać w środku). Gamoń ze mnie, myślę teraz. Trzeba uważnie czytać mapę (przypisy też). Tu też tracę ok. 20 min..
Kolejna zmiana mapy i marsz w kierunku PK 10.
Po drodze nie obyło się bez problemów. Gęsty las, to raz. Działki w lesie, ogrodzone, to dwa. Napieram na azymut klucząc. Wypadam wreszcie tam gdzie chciałem, wieś Siwek, ale nie do końca wiem, w którym miejscu wsi jestem. Pytam lokalsów, pokazuję mapę, ale oni nawet nie chcą na nią spojrzeć. Rozumiem ich. To starsi panowie dwaj. Pytam o kierunek na Teresin. Mówią, że to tuż za 100 m w lewo i przez łąkę. Faktycznie, za 100 m zaczyna mi się zgadzać mapa z terenem. Przelot przez łąkę do mini zagajnika, na końcu którego jest PK 10. Bingo.

W okolicy tego punktu pojawiło się paru zawodników. W kierunku PK 11 napieramy razem. Z ich pomocą lokalizuję PK 11. To nie było łatwe. Drożnia się nie zgadzała. W okolicy powstało dużo działek i alejek….nie ułatwiających namierzanie.

Na PK 12 napieram z 3 zawodnikami. Dwóch z nich będę mijał to tu to tam do samego końca. Wpierw idziemy razem. Potem ja przyspieszam i na PK 12 przy krzyżu w lesie trafiam sam. Cieszę się, że mi się udało.

Na PK 13 (pozostałości po budynku) trafiam bez pudła. Wychodząc z punktu, spotykam moich dobrych znajomych z PK 11. Pytają gdzie zmierzam. Mówię, że na PK 14. Trochę się dziwią, że w tym kierunku. Ja zresztą też. Zawracam i…już w zgodzie z kompasem napieram na PK 14.
Po drodze znów problemy z drożnią. Idę na czuja. Dochodzę do torów i …drożnia zaczyna się zgadzać.
Przy torach spotykam dwóch młodych chłopców na skuterach. Co tu robią? Dlaczego? Pytają mnie, co to za zawody, w których biorę udział. Odpowiadam, że Dymno, że 50 km i że jeszcze 8 h przede mną. Słyszę oznaki podziwu. Czuję się wielki ;-)

PK 14 podbijam (teraz już nie pamiętam, co i jak).

Z PK 14 długi przelot na PK 15. Idę wpierw pasem ziemi, pod którym leży gazociąg. Przez las, przez pole, przez las dochodzę do miejsca, gdzie wydobywa się piach. Wariantem autorskim obchodzę tą „piaskownicę” i wychodzę na asfaltową dużą drogę. Cały czas czujnie namierzam się na PK 15. Mapa niestety zaczyna się kłócić z terenem, czyli nie pomaga. To znaczy dróżek, które być powinny, nie ma. Biorę te, które są i w końcu wychodzę z lasu na otwartą przestrzeń. PK niestety nie znajduję. Moje pole analizy w tym momencie było tak zawężone, że nie zwróciłem uwagi, że po punkcie się prześliznąłem….i oddaliłem w kierunku kolejnego PK. Gdybym patrzył na rzeźbę, zobaczyłbym gdzie jestem i przeszedłszy tylko 250-500m trafił w punkt. Gdy się odnajduję z mapą i terenem, jestem już daleko. Decyduję się nie wracać. Wiem, że zaliczam 1 h kary, ale powrót dałby mi ten sam wynik, konstatuję.

Tuż przed PK 16 znajduję otwarty sklep. TO JEST TO, CZEGO MI TRZEBA. Uzupełniam picie i jedzenie. Chwile odpoczywam… tyle co na zjedzenie drożdżówki i uzupełnienie camela.

PK 16 jest niedaleko sklepu, przy trakcji i kanale (wszystko zgodne z mapą). Teraz tylko wzdłuż kanału do szkoły i start na 2 etap.

Kanał jest ładny. Woda czysta i spokojna. W jednym miejscu ludzie łowią ryby. Wędki mają naprawdę długie. Nie wiedziałem, że tak długie nawet są na rynku dostępne. Wow.

Jestem w szkole. Dostaję nową mapę. Jem 2a kawałki banana. Uzupełniam wodę w camelu i wychodzę na II Etap ok. 15 km na mapie 1:16300.

Zaliczam punkty w następującej kolejności:

- I (najbliżej od startu)
- B (z pewnym problemem, i pomocą współzawodników, bo po drodze chyba źle „kciukowałem”)
- A (namierzam się od płotu strzelnicy wojskowej)
- D (w drodze z A na D idę przez strzelnicę, a co, ma być krócej przecież).
- C (w drodze na C spotykam Miśka, kolegę Jana Golenia; na PK wchodzimy razem, ale potem już każdy napiera osobno na K).
- K (tu idę wokół jeziora, bo chcę mieć sucho w butach. Misiek był tu przede mną. Widzę jego plecy jak oddala się w kierunku kolejnego PK.)
- L (nie bez obaw i wątpliwości, bo mi w pewnym momencie mapa się rozjechała z terenem, ale na końcu znów się zjechała i… bingo).
- E
- M (tu spotykam Jana Golenia. Biegnie na luziku. Mocny gość. Został mu ostatni punkt i meta. Robimy high five i każdy biegnie w swoją stronę).
- P
- O
- R
- w drodze na N spotykam Huberta. Mówi, że nie idzie mu dzisiaj najlepiej. Pyta o godzinę. Biegniemy 250 m razem i ja skręcam w prawo na N, a on w lewo na M.
- N
- ostatni punkt H (w drodze z N na H czuję przypływ energii. To bliskość mety, zapewne. Wyraźnie przyspieszam. Niestety, z H do mety biec już nie mogę. Skurcze mi nie pozwalają).

Do mety dodzieram parę minut po 18.00. Oddaję kartę, dostaję dyplom (czas i trasę będę musiał wpisać sobie sam) i mapę okolic.

Spotykam Janka Golenia, już zrelaksowanego i wypoczętego i paru zawodników spotkanych wcześniej na starcie lub trasie. Jem zupę (bardzo dobra była), banana, piję kawę zakąszam Pierrotami z Wedla. Kulinarnie na mecie jest pierwsza klasa. Brawo dla orgów !!

Rozciągam się. Zakwasy mam extra duże !!! Boli. Dał mi w kość ten rajd, nie ma co.

Po 45 minutach od przyjścia na metę wsiadam do auta i wracam do domu.


Wnioski (dla początkujących; stare wygi to pewnie wiedzą):

Nawigacyjne:
- czasami mapy na siebie zachodzą. Warto to sprawdzić, aby sobie ułatwić nawigację.
- trzeba patrzeć na rzeźbę, szczególnie jak drożnia się nie zgadza,
- warto ciąć na azymut, jak czujemy, że wiemy gdzie jesteśmy i gdzie się znajdziemy.
- nie zawężać pola obserwacji MAPY I TERENU, patrzeć szerzej na mapę, za wszelką cenę starać się zlokalizować na mapie / w terenie.

Kondycyjne:
- w moim przypadku, i na teraz, więcej biegać.

Żywieniowe:
- więcej pić, pić, pić. Brać ze sobą na trasę sód, magnez i potas…zwłaszcza w lato…gdy pocę się intensywnie.

Ubraniowe;
Merino rulez. Ani razu nie czułem się spocony, nawet pod plecakiem. Komfort termiczny miałem cały czas. I bez zapachu.

No i skarpety i legginsy kompresyjne. Czuję, że mi dodają pary.

Niezła KorbaZespołowe:
Ważne jest aby członkowie NK startowali w tych samych imprezach, aby móc się wymieniać doświadczeniami i sprawdzić, kto jest w jakiej formie. To jest szczególnie ważne przed ważnymi startami.



I to by było na tyle.

Na koniec jeszcze urokliwa fotka z trasy ekstremalnej - czyli DYMNO w wersji AR. Na zdjęciu zwycięzcy - Igor Błachut i Michał Kiełbasiński.

// fotki oczywiście autorstwa Piotrka Siliniewicza www.silne-studio.pl

Napisał/a: Maciej, 2010-05-31 17:35:26 komentarze (8) || skomentuj

© copyright by Niezła Korba 2008-10; wszystkie prawa zastrzeżone
stronę obsługuje dobrydesign.net
X

Dodaj komentarz




O Adventure Racing

Rajdy przygodowe, czyli Adventure Racing (AR) to multidyscyplinarne, długodystansowe, zespołowe zawody na orientację rozgrywane w formule non stop.

dowiedz się więcej

Nasze plany

Zaloguj się!



zapamiętaj mnie

napieraj.pl     pk4.pl blog ekstremalny

sherpas rt    team 360 stopni

Nonstop Advenutre   exmedio

SleepMonsters