Minął luty, a wraz z nim prawdopodobnie minęły mrozy i śnieg. Minął więc również czas śniegowego biegania. Wygląda na to, że na razie nie będzie zapadania się w świeżym, sypkim śniegu, ślizgania na ubitych lodowo-śnieżnych ścieżkach lub czystym lodzie wyzierającym spod białej pokrywy. Trzy lub cztery warstwy ubrań ustąpiły ledwie dwóm, w butach zrobiło się sucho, a nawet zbyt ciepło. Oczywiście jeszcze wszystko może się zmienić, w końcu „w marcu jak w garncu”!
Jestem zadowolony z warszawskiej, lutowej pogody. Bieganie w śniegu jest cięższe niż po szerokich ścieżkach, wymaga dużo więcej uwagi, trzeba patrzeć gdzie stawia się stopy, żeby nie zapaść się po kostki lub nie poślizgnąć. Trening w śniegu jest też po prostu bardziej męczący. Jednak dzięki temu, dla mnie, staje się bardziej satysfakcjonujący. Daje poczucie dobrze wykonanej pracy.
Początek lutego to Zimowy Rajd 360 stopni. Najpierw przerwa przed startem, sama impreza, a potem cztery dni odpoczynku po rajdzie. W Olsztynku czułem się dobrze, miałem zapas mocy na odcinkach pieszych, świetnie mi się jechało na pierwszych dwóch odcinkach rowerowych. Niestety, na ostatnim etapie rowerowym nie miałem już tyle energii. Taka sytuacji wynika najprawdopodobniej z treningu, w którym, na razie, niestety brak jest pedałowania... Kolejna rzecz to odpoczynek po rajdzie. Te cztery dni były stanowczo zbyt długie. Myślę, że po dwóch dnia spokojnie można było wybrać się na lekki, krótki (45 minutowy lub godzinny) trening.
W drugim tygodniu lutego w siłowni spróbowałem biegania na nachylonej bieżni. Co prawda nie był to duży dystans – przebiegłem ledwie 4 km w 30 minut – ale dzięki temu przekonałem się, że bieganie wewnątrz nie jest takie złe. Tak, tak – właśnie dzięki opcji „ustawienia górki”, bieżnia stała się ciekawsza. Bądź co bądź, czuć że nogi inaczej pracują. Przy okazji zabaw na bieżni miałem okazję spróbować także innego sposobu biegania – zamiast uderzać najpierw o podłoże piętą, starałem się przestawić na śródstopie. I udało się. Nie chcę się za bardzo wgłębiać w spór czy jest to technika lepsza, wydajniejsza, bezpieczniejsza etc. YouTube i niektóre fora biegowe twierdzą, że tak, choć jest też wiele krytyków tego sposobu biegania. Dla mnie jest wygodny i mam wrażenie, że mniej obciąża stawy – podczas biegu nie czuję uderzenia o podłoże, kroki są jakby płynniejsze i lżejsze. Podoba mi się to.
Najbardziej zadowolony jestem z ostatnich dwóch tygodni. Przebiegłem ponad 80 km, parę razy robiłem oddzielną gimnastykę rozciągającą, ćwiczenia na kolana, trzy razy byłem na siłowni. Prócz zapisów w excelowym dzienniku zrobionym przez Janka (z lekkimi modyfikacjami), zacząłem także korzystać z dailyMile – serwisu społecznościowego dla osób trenujących różne sporty. Z początku zarejestrowałem się tylko, żeby zobaczyć jak to działa, ewentualnie rozwinąć pomysł i zrobić coś takiego we własnym zakresie. Jednak pomysł na ten serwis jest na tyle ciekawy, że na razie zostaję i dzielnie uzupełniam kolejne treningi.
Co oferuje dailyMile? Przede wszystkim możliwość prowadzenia dziennika treningowego. Gdy dodajemy bieg lub jazdę rowerową można skorzystać z googlemapki, która policzy nam przebyty dystans, a potem zapisze trasę do ponownego użycia. Można również dodać informację o butach, w których się biegało, tak żeby wiedzieć ile kilometrów już „przebiegły”. Oczywiście jest także możliwość rozmów z innymi osobami, wrzucanie notek, zdjęć, filmów, komentowanie treningów oraz przyznawanie innym nagród motywujących do treningu. DailyMile proponuje również statystykę treningową, ładne wykresy i prezentację danych, a także umożliwia tworzenie challenge’ów.
Wnioski
1. Można szybciej wznawiać trening po rajdach. Oczywiście nie za mocno.
2. W marcu muszę ruszyć na rower. Wiem, że muszę dużo więcej jeździć, dodatkowo pokazał to Zimowy Rajd 360, więc czas zabrać się do roboty.
3. Jeśli chodzi o bieganie – chciałbym biegać szybciej. Dlatego muszę zacząć robić więcej treningów szybkościowych – interwały, tempówki. Mam nadzieję, że starczy mi samozaparcia, żeby trochę docisnąć.
Napisał/a: Olek, 2010-03-04 20:08:41 komentarze (7) || skomentuj
Już od dłuższego czasu kolega mój szanowny, znany Wam z kajaków Marcin, próbuje mnie wyciągnąć na wyprawę na welodrom w Pruszkowie. Ponoć jazda jest przednia, a koszt rozsądny. Marcin był już dwa razy, więc może uchodzić za naszego eksperta:
"Płaci się 40 zł za wejście (obojętnie czy wypożyczasz czy masz swoje ostre [koło, czyli rower - przyp.]) ale trzeba się umówić wcześniej z Brodawką :P (...) większość ludzi, którzy przychodzą prywatnie to jeżdżą na MTB, a na welodromie utrzymują formę podczas zimy.
Tu masz linki: http://www.bgzarena.com"
Akcję wypatrzył również Igor B., który tak pisze na swojej stronie:
"(...) w miniony weekend wyjechałem na taki obiekt pierwszy raz w życiu. Nooo, ale jazda! W niespełna godzinę upodliłem się się do spodu. Do tego trochę emocji, bo te wiraże to jednak są mocno skośne. Na szczęście miałem cały obiekt dla siebie, bo jazda na ostrym kole nie ułatwia hamowania nieprzyzwyczajonym. Rowery zresztą eleganckie, leciutkie i jak się im za bardzo nie przeszkadza, to poniosą. Tak bez większych trudności się goni ze 40 km/h; jak się depnie ciut mocniej - to ponad 45. Czyli warto zabrać okulary, bo w oczy wieje. A kask to raczej bezwarunkowo, bo inaczej nie wpuszczą."
I ja mam na koncie jedno doświadczenie torowe z Newcastle i genialnie wspominam taką jazdę. Tu macie małe wideo z mojego pobytu na torze:
Jednym słowem: IDZIEMY! Pytanie tylko kiedy? Marcin mówi, że można jeździć w dowolny dzień tygodnia w godzinach 20-22. Ale i tak trzeba to uzgodnić z wszechwładnym Mr. Brodawką. Ja proponuję wtorek lub środę za tydzień. Hm?
PS.
Jak ktoś nie chce jeździć na rowerze (nie wierzę w taką możliwość, ale...) na środku areny chyba jest tor wrotkarski.
Napisał/a: Janek, 2010-02-24 13:56:23 komentarze (5) || skomentuj
Jak w trzech słowach określiłabyś to doświadczenie (udział w zimowym rajdzie 360 st)?
Przygodowo, sportowo, zimno.
Z jakim nastawieniem ruszaliście z bazy?
Może powiem o swoim nastawieniu. Po przyjeździe do bazy chciało mi się spać. Po całym tygodniu czeka się na weekend, dłuższe spanie, a tu zamiast wskoczenia pod pierzynę, trzeba wskoczyć w bloki startowe i wyjść na trasę ze świadomością, że jak będzie się chciało spać to zostaje tylko tabliczka mnożenia czy śpiewnie (co zresztą wykorzystaliśmy). Dodatkowo czułam takie dziwne mrowienie w brzuchu czyli trochę nerwów tuż przed startem, co mi się zawsze zdarza. Jednak, jak już zaczęło się pakowanie przepaków, dobór ubioru na start to zdenerwowanie ustąpiło, a motywacja coraz bardziej podpowiadała – nie damy się, oj nie damy.
Jaka atmosfera tam panowała?
W bazie – przygotowania, pakowanie przepaków. Krótkie rozmowy z innymi teamami, ale każdy raczej był skupiony na sobie. Z dziewczynami obgadywałyśmy, ile warstw trzeba założyć. Czy zimna, czy lato w bazie zawsze jest tak samo. Komuś w ostatniej chwili brakuje jakiegoś sprzętu, ktoś czegoś albo kogoś szuka.
Kogo obstawiano jako zwycięzcę?
Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo wydłużyła się lista startowa na sam koniec. Przez pewien czas więcej ekip było zapisane na trasę długą, a tymczasem na starcie stanęło w końcu 6 zespołów na długiej trasie i aż 17 na krótszej! Na długiej trasie jako zwycięzców widziałam Nawigatora, a na krótkiej Piotrka Hercoga i Maćka Więcka, ale jak widać życie lubi płatać figle.
A dwa zespoły NK, jakie nadzieje wiązaliście z tym zimowym startem i dlaczego się na niego zdecydowaliście?
Wystartowaliśmy, bo mieliśmy bardzo dobre wspomnienia z poprzedniego zimowego rajdu 360. W dwójkach, bo ja chciałam nawigować i wystartować wreszcie z Jankiem, co mi się od dłuższego czasu nie udawało.
A jakie nadzieje? Obstawiałam, że NK – Olek i Maciek będą na podium, ale jeszcze jak na liście startowej było 9, a nie 17 teamów. Ze startem NK Mix liczyłam na ukończenie rajdu, przełamanie złej passy ostatnich startów oraz nawiązanie walki z drugim Mixem – Nawigatorią. O tym, że startuje jeszcze jeden Mix nie wiedziałam.
Jak rozwijały się sprawy na trasie? Co poszło zgodnie z planem? Co Was zaskoczyło?
Ohh, rozwijały się w tempie błyskawicznym. Ilość przygód, jakie mieliśmy wystarczyłaby na dobrych kilka rajdów. Zgodnie z planem szło w zasadzie wszystko aż do 20 drugiego dnia startu. Obawiałam się zimna i kryzysu – mimo kilku, w tym takiego, że pochlipywałam z powodu zamarzniętych rąk wszystko szło super i byłam naprawdę dumna z nas dwojga. Zaskoczyły nas z kolei niespodzianki na trasie w postaci zamkniętych baz wypoczynkowych (obstawialiśmy, że z tych domków na mapie na cyplu będzie wiodła dobra, przejezdna, ubita droga - myliliśmy się), czy zamkniętych mostów rządowych na niezamarzniętej, wartko płynącej rzece Łynie.
No i zaskoczyło mnie, że z naszych planów, czyli tego, że sobie ponawiguję, nic nie wyszło. Dwóch mapników nie mieliśmy, więc na rowerze tylko jeden nawigator mógł się spełniać. A na pieszym etapie znowu była tylko jedna mapa. A tak bardzo chciałam nawigację poćwiczyć...
Jakie patenty zastosowaliście Ty i Janek, a także inni, żeby najlepiej uchronić się przed zimnem? Co najlepiej się sprawdziło?
Świetnym patentem była zamiana pedałów SPD w rowerach na platformy. Dzięki temu jeździłam w zwykłych Salomonach, na które wciągnęłam neoprenowe ochraniacze (dziękuję bardzo za ten świąteczny prezent!). Na sam początek ubrałam się o jedną warstwę za ciepło. Koszulkę NK zdjęłam przed etapem biegówkowym. Zdecydowanie najlepszym patentem na zimno jest ruch. Jak na rowerze było zimno, wystarczyło chwilkę potruchtać i było cieplutko. Tak samo na innych etapach wystarczyło zwiększyć tempo i było dobrze. Ogólnie przy takim mrozie dość komfortowo się biega i jeździ, bo śnieg nie roztapia się i ubrania pozostają w większości suche.
W moim przypadku problematyczne okazały się wcale nie marznące stopy jak się spodziewałam, a marznące ręce. Mimo, że kupiłam przed samym rajdem rewelacyjne cieniutkie rękawiczki pod zwykłe rękawiczki to jednak te drugie – warstwa wierzchnia okazały się za małe na warunki jazdy na rowerze. Po prostu zbyt mało było w nich miejsca na powietrze i przez to częściowo tego rajdu nie ukończyliśmy...
Co Twoim zdaniem okazało się kluczem do sukcesu w tym rajdzie?
Zależy co zwie się sukcesem. Do ukończenia nam zabrakło psychy i to było tym kluczem. A tak ogólnie to na pewno pomagały: wytrwałość na zimno i wytrwałość na nudę kolejnych kilometrów, własne jedzenie do zalania wrzątkiem, warianty nawigacyjne głównymi drogami, choćby bardzo na około, inne ekipy w pobliżu, które motywowały to szybszego przemieszczania się.
Jakie elementy najbardziej pomagały (Wam i innym) na trasie - myślę o dowolnych czynnikach, czy to fizycznych, czy psychicznych, a także różnych okolicznościach?
Po trochu odpowiedziałam na te pytania wcześniej. Na średnią poruszania na treku fantastycznie zrobiło nam towarzystwo chłopaków z Supernovej, z którymi się motywowaliśmy do biegu. Swoją drogą do tej pory nie wiem, jak to się stało, że byli na przepaku przed nami. Zdradzicie?
Pomagał oczywiście dobry ubiór, pozytywne myślenie. Na etap biegówkowym pomogło mi na pewno to, że strasznie mi się spodobał ten sposób poruszania i naprawdę mnie to bawiło!
Wydaje się, że rajd okazał się bardzo trudny. Z czym Wy toczyliście największą walkę? Jakie czynniki oceniasz jako najmniej sprzyjające?
Najmniej sprzyjający był mróz i marznące przez to palce rąk. Poza tym to wszystko było do zniesienia i uważam, że nadzwyczaj dobrze radziliśmy sobie. Największa walka była na sam koniec - już witaliśmy się z metą, jeden punkt został, a tu gubimy się w lesie jadąc bezsensownie na północ, bez planu, ładu i składu. Ja zwątpiłam, Janek mnie nie przekonał i wszyło jak wyszło. Szkoda bardzo.
Jak to jest spędzać drugą nockę na rowerze na mrozie, bez spania?
To zupełnie nie było problemem. Nie chciało mi się spać na tym etapie i myślę, że jeszcze mogłabym tak pociągnąć pomimo, że to już była druga noc. Gorzej było, że był mróz...
Co Ty i Janek zrobilibyście teraz inaczej? Jakie wnioski wyciągnęliście z tego doświadczenia? Co mówią Maciej i Olek?
Nie braliśmy w ogóle pod uwagę opuszczania punktów, co zrobili Maciej i Olek, ale trek poszedł nam dość dobrze i drug raz też byśmy zrobili wszystkie punkty. A różnicą jest to, że tak naprawdę trzeba było napierać do końca. Zamiast trząść się z zimna na rowerze to trzeba było zejść, przebiec 300 metrów i wsiąść dalej na rower. Nie porozumieliśmy się też w kryzysowym momencie, bo okazało się, że Janek w plecaku miał moje zapasowe rękawiczki – może by coś dały.
Wnioski – przekroczyłam/przekroczyliśmy swoje limity wytrzymałości kawałek dalej. Na kolejnym rajdzie trzeba te granice jeszcze kawałek przesunąć i już na pewno ukończę rajd!
Kilka słów o zwycięzcach obu tras oraz o wielkich przegranych... Jaka atmosfera panowała na mecie?
Jak przyczłapaliśmy do bazy to spora część osób już spała. Olek z Maciejem właśnie się przebudzili, więc pogadaliśmy z nimi chwilę. Uwagę moją przykuł chłopak z funexów, który leżał owinięty NRC-etkami. Spytałam Eli co się stało i tu była opowieść o tym jak zgubili jednego partnera i już zawołali organizatorów na poszukiwania, gdy ten nagle się odnalazł. A chłopak leżał zawinięty w NRC wcale nie z zimna. Powód był prozaiczny - zapomniał śpiwora. :)
Rano po twardym śnie, wszyscy zdecydowanie byli weselsi, ale zarzekali się, że na razie nie planują kolejnych startów*.
Ale i Wy podobno zwyciężyliście i to przy dwóch okazjach: raz rozwiązując łamigłówkę w 2 minuty, podczas, gdy zdarzało się, że i podpowiedzi po 30 minutach nie pomagały :), a potem w konkursie na najlepsze zdjęcie buffkowe... Poproszę o kilka słów komentarza.
Oj, ja to uwielbiam te zagadki. Rzeczywiście dają poczucie, że jest się w czymś dobrym, ale to w końcu także po latach treningów takie wyćwiczenie umysłu przychodzi :D. Janek trochę narzeka, że ja jemu nawet szansy nie daję na pogłówkowanie. Z kolei przy zdjęciu buffkowym, ja nie maczałam swoich paluszków. Tylko zagłosowałam. Chwała należy się chłopakom.
W poprzednim sezonie NK przeżył wspaniałe chwile na letnim rajdzie organizowanym przez Team 360 st. Jaka jest Twoja subiektywna opinia nt. tegorocznego przedsięwzięcia Igora, Darka i ich oddanej ekipy - kilka słów o organizacji rajdu, trasie. Co jest warte kontynuacji, a co trzeba zmienić Twoim zdaniem?
Ja w letnim rajdzie nie startowałam, więc Timex Rajd 360 mogę przyrównać do zeszłorocznego w Bytowie. Co do organizacji to jak zawsze wszystko dopięte na ostatni guzik, trasa ciekawa, dobrze wszystko zgrane. Trochę nas zmyliło przesunięcie punktu..., ale to mój ulubiony organizator rajdów na obecną chwilę, mimo, że w odpowiednim momencie zabrakło papieru toaletowego. A i jeszcze jedno, ponieważ wyspryciliśmy się w zgłaszaniu udziału jako pierwsi, zmieniono zasady gry... Teraz ekipa, która ma wpisowe gratis jest losowana już po rajdzie. A było tak pięknie! :)
Powiedz coś o cichym bohaterze tego rajdu - czyli o gulaszu...
Obrzydliwy w zapachu i smaku, zimny, a jednak coś podkusiło, żeby go spróbować.
Jak to jest być dziewczyną i uprawiać AR? Na zawodach w Olsztynku startowało ok. 58 osób, w tym tylko 9 dziewczyn... Co stanowi największe wyzwanie dla kobiety w tym sporcie?
Bycie dziewczyną w AR.. to zależy od dziewczyny. Ja póki co mierzę się ze świadomością, że jednak jestem najwolniejszym członkiem zespołu. Nie jest to łatwe, zwłaszcza w kryzysowych momentach. Ale tak poza tym to z chłopakami to różnimy się tylko masą mięśniową. Determinacja jest podobna, czasem tylko sił mniej. A najważniejszym wyzwaniem jest to, żeby trenować wystarczająco dużo, żeby na rajdach po prostu w siebie uwierzyć.
(*pomyślę o kolejnym starcie za jakiś czas, no może już w środę :P)
Napisał/a: Łucja, 2010-02-14 22:52:04 komentarze (12) || skomentuj
3 pytania po Zimowym Rajdzie 360
Aka: Trzy słowa, które kojarzą Ci się z Zimowym Rajdem 360 stopni w Olsztynku?
Olek: skrzypienie śniegu, komfort termiczny, trek.
Maciej: śnieg, zimno, wysiłek.
Janek: przygody, przeciwności (losu), kończą-tylko-prawdziwi-twardziele.
Aka: Co się najbardziej przyczyniło do sukcesu na tym rajdzie?
Olek: Utrzymanie dobrego tempa. (Rozumiem, że chodzi o sukces wygranych.)
Maciej: Regularny trening, brak błędów ubraniowych, odpowiednio dużo picia i jedzenia
Janek: Co było kluczem do sukcesu? Kluczem do ukończenia? W naszym przypadku brakowało szczęścia (i trochę rozumu :P). No i takiego zapasu mocy, który pozwoliłby nam spinać się mimo, że coś udupiliśmy... Oczywiście niezbyt mądrze wybrałem skrót przez jezioro - ale wiedząc, że nie ścigamy się o pierwsze miejsce postanowiłem podejść do sprawy "przygodowo" i zaryzykować - a co tam! Oczywiście tym skrótem umoczyliśmy bardziej niż się spodziewałem... Ale jakbyśmy mieli więcej mocy, to byśmy sobie z tym rowerami potruchtali nawet tą niewygodną drogą i bylibyśmy na przepaku wcześniej o pół godziny. Ale się nie dało. Trzeba więcej trenować i... ćwiczyć psychę. Z tatą na BWC mieliśmy podobnie - pchanie roweru pod górę nas dobiło i strasznie się wlekliśmy, a jakbyśmy wciągnęli się szybko na górę, to byłoby dużo dużo lepiej. Strategię spieszenia się przyjęliśmy z Łucją na treku, który jak się okazuje poszedł nam REWELACYJNIE jak na nasze warunki!
Pecha mieliśmy znów na rowerze, gdzie przesunięty punkt umożliwił nam wariant z przejazdem przez (jak się okazało) zamknięty most na Łynie. To było dodatkowe 4,5km - czyli w tych warunkach jakieś 45min-1h w plecy... No i psychiczny dołek nr 1.
No, a potem znów zabrakło rozumu (pomyliłem drogę) i wylecieliśmy jakieś 2km na północ. Droga była dobra, ale jechaliśmy nią i jechaliśmy... Tu już zdecydowanie zabrakło psychy i mojej pewności siebie, by przekonać Łucję, że nic się nie stało... Że to, że nie wiem, gdzie jesteśmy, to nie jest wielki problem... Suma summarum nadłożyliśmy może z 500m, ale przez to dość długo nie wiedzieliśmy, czy dobrze jedziemy, gdzie dokładnie jesteśmy i gdzie się na mapie pojawimy... Było ciemno, zimno (teoretycznie - nam było całkiem ciepło) i zacząłem się martwić, co będzie jak się zgubimy, a komórka się rozładuje... Przestraszyłem tym Łucję i to był koniec naszej przygody. Eh... Na przyszłość będę robił dobrą minę do złej gry.
No i w tej sytuacji znów mógł nas uratować zapas MOCY - jakbyśmy szybko napierali, w tym (dobrym) kierunku zachodnim to szybko wylecielibyśmy na drogę i nie przejmując się babolem nawigacyjnym pomknęlibyśmy dalej do mety. Tyle.
Czyli reasumując. Nie mieliśmy szczęścia, a jak już popełnialiśmy błędy, to traciliśmy na tym dużo animuszu.
Aka: Kilka słów o gulaszu…?
Olek: Jego działanie nie wpłynęło na mnie negatywnie na trasie – ot, kilka więcej minut spędzonych na przepaku po treku. Jednak wśród wielu uczestników wywołał znacznie poważniejsze dolegliwości i niewątpliwie przyczynił się do zmiany układu sił w rywalizacji. Na szczęście było to tylko zatrucie, więc chyba obyło się bez poważnych konsekwencji. Dlatego z perspektywy porajdowej traktuję gulasz jako kolejną przygodę.
Maciej: Zimny, spieniony, brązowy (co Wam przypomina ten opis?)
Janek: Gulasz. Co powiedzieć? Nie wyglądał dobrze, ale człowiek głodny to i zimny i śmierdzący zje. Złapało mnie na końcu treku - na ostatnim odcinku asfaltowym było mi słabo, miałem dreszcze i nie wiedziałem dokładnie czy chce mi się rzygać czy... Ale Łucji był zimno, więc musiałem się spiąć i biec. Mocno walczyliśmy o ukończenie tego treku na końcówce, było naprawdę kryzysowo. Widać to też po czasie przepaku. 1:07 odpoczynku przed rowerem. Potem większych problemów nie było, kontrolna kupa załatwiła sprawę.
Jeszcze pozwolę sobie na małe podsumowanie całego rajdu. Ogólnie to jestem bardzo zadowolony z walki, jaką stoczyliśmy, z przygód które mieliśmy. To mój drugi najdłuższy rajd (24h), ale był zdecydowanie trudniejszy. Zabrakło szczęścia, rozumu i zapasu mocy. Nad tym musimy pracować z Łucją. Razem napierało nam się bardzo dobrze, może muszę więcej zachęcać Łucję do nawigacji, bo samemu popełniam błędy. Ale np. na treku nie było dwóch map, a na rowerze mieliśmy jeden mapnik.
Napisał/a: Janek, 2010-02-09 13:55:19 komentarze (8) || skomentuj
Ale było!!!
Niesamowita przygoda! Bo dla nas z Łucją było szczególnie „adventure”! Rajd w Olsztynku był bardzo trudny – warunki w pełni zimowe, niesamowity był śnieżny puch przez, który płynęliśmy na BnO. Fajne było też łażenie po jeziorze – szczególnie w naszym przygodowym ROWEROWYM wariancie, którym chcieliśmy sobie skrócić drogę do Nowych Kaletek na przepak C. Hehehe. A mamusia mówiła, żeby nie eksperymentować za bardzo.
Narty biegowe były bardzo sympatyczne, choć pod koniec już byliśmy dość zmęczeni. Ale przynajmniej zrobiło się jasno…
Tak jak napisałem: trek morderca. Ale pokonaliśmy go w całości. Bardzo się przy tym namęczyliśmy, ale się udało. Na tym etapie do gry włączył się kolejny przygodowy czynnik – czynnik G. Na ostatnim przepaku dobrze odpoczęliśmy i zaatakowaliśmy rower. Ale kolejne przygody już na nas czekały! Łucja trochę przysypiała na rowerze to jej pośpiewałem. Potem opieprzył nas leśniczy, później była kupa, telefon do Igora czy ktoś (leśniczy) nie ukradł lampionu, kolejna kupa i zamknięty „rządowy” most. Supernowa się wycofała, ale my spotkaliśmy MIX Navigatorii i postanowiliśmy przeprowadzić ostateczną szarżę na ostatni PK. Z tego całego animuszu zgubiłem nas kompletnie. Ale po „przestrzeleniu” 2km na północ zaczęliśmy kierować się w dobrym zachodnim kierunku.
Poddaliśmy się, jak mieliśmy 20km do mety (i wiedzieliśmy gdzie jesteśmy). Ale to co przeżyliśmy to nasze. Ha! A na następnym rajdzie też się zgubimy!! ;)
Tyle krótkiego komentarza. Musicie poczekać na relację-wywiad z Łucją.
Ale moim zdaniem wnioski są dwa. 1. więcej trenować i 2. popełniać mniej błędów...
Dzięki wielkie wszystkim za komentarze i śledzenie naszych zmagań. Dziękujemy też towarzyszom z trasy – szczególnie podziwiamy chłopaków (nr 18), którzy prawie cały rajd zaliczyli na nogach (zamiast łyżew 4,5km łażenia po jeziorze; potem razem z nami pchali rowery przez jezioro do Nowych Kaletek; potem jako, że nie mieli nart to przeszli cały etap narciarski 16km; a potem słynny trekking >28km; no i na koniec wreszcie mogli odpocząć na nocnym rowerze... wow!).
Szacuneczek dla Entre, szacuneczek dla Sherpas – to są prawdziwi twardziele. No i szacuneczek dla Mixa Navigatorii – nadłożyli na końcówce 10 czy 15 km, a mimo to ukończyli.
PS
Sorry, że nie było tylu BLIPów co u Jaśkapola – komórka odmówiła mi współpracy i przestala wysyłać MMSy. 3 zostały w skrzynce nadawczej, a na ostatnim rowerze to po prostu już mi się nie chciało pisać…
Napisał/a: Janek, 2010-02-02 21:58:32 komentarze (61) || skomentuj


postami.






